poniedziałek, 5 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Najlepsze filmy roku:




1. Tom
To zdecydowanie rok Xaviera Dolana, młody twórca z Kanady zamyka usta wszystkim tym, którzy nazywali go przejściową ciekawostką. „Tom” to pierwszy tak w pełni świadomy film Dolana. Thriller, który wciąga i nie pozwala oderwać oczu. Reżyser ma też wyczucie, co do aktorów, Pierre-Yves Cardinal buduje tu jedną z najciekawszych postaci, jakie przyszło mi oglądać w tym roku na ekranie. Znowu w głównej roli możemy też zobaczyć samego Xaviera, który też świetnie daje sobie radę jako aktor. (Łukasz)

Porównania do filmów Hitchcocka nie są przypadkowe. Dolan stworzył film trzymający w napięciu, jakże inny od stylistycznych fantazji, którymi nas do tej pory karmił. O ile nie uważam tego tytułu za najlepszy film roku to zdecydowanie polecam jako swoistą zachętę do obejrzenia Dolana. Poprzednie filmy oczywiście miały niemałą wartość, ale odrzucały narcyzmem reżysera i aktora. A Dolana poznać warto, bo może niedługo wyrosnąć na największą postać reżyserki na świecie. (Alek)

2. Mandarynki
Estoński kandydat do Oscara może stworzyć naszej „Idzie” konkretny problem. Wszystko dlatego, że to obraz niezwykle inteligentny a przy okazji bardzo prosty. Zaza Urushadze opowiada o wojnie w nowy sposób, uosabiając walczące grupy w dwóch prostych żołnierzach, którzy znaleźli się na „Ziemi neutralnej”. Przyglądając się bohaterom w tak ekstremalnych warunkach wyciąga ciekawe i bardzo optymistyczne wnioski.  (Łukasz)

Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę, ale w tym roku dwa filmy nominowane do Złotego Globa w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny - "Ida" i właśnie "Mandarynki" - podbijały Warszawski Festiwal Filmowy w 2013 roku. To tak w ramach ciekawostki. "Mandarynki" to bardzo prosty, ale w swej prostocie dosłowny i wystarczająco wymowny traktat na temat wojny. (Alek)


3. Zaginiona dziewczyna
David Fincher potwierdził, że jest absolutnym królem filmowych kryminałów. „Zaginiona dziewczyna” nie tylko wciąga swym wątkiem zaginięcia głównej bohaterki, ale też niezwykle ciekawa batalią między Nickiem a resztą Ameryki. Rosamund Pike kradnie absolutnie film, a w marcu prawdopodobnie powalczy o Oscara, ale jest to też życiowa rola Bena Afflecka. (Łukasz)

David Fincher znowu robi kapitalną robotę, udowadniając klasę po raz kolejny. „Zaginiona dziewczyna” to bodajże najbardziej igrający z widzem film roku w Hollywood, pełen zwrotów akcji, z pomysłową narracją. Ciekawe są również tematy, których dotyka reżyser „Siedem”. W swoim najnowszym filmie dotyka problemu mediów, buduje ciekawe studium rozpadu związku. A sam Fincher imponuje reżysersko – ale czy może być inaczej, jeśli takie tuzy aktorstwa jak Ben Affleck, Emily Ratajkowski i Tyler Perry grają naprawdę na bardzo dobrym poziomie? Na deser kapitalna Rosamund Pike. (Alek)

4. Wilk z Wall Street
Ten film to nie tylko 3 godziny ostrego melanżu, ale też wejście w okrutny świat Wall Street. Bo bez wątpienia, to właśnie ten świat zniszczył Jordana Belforta. Szkoda, że większość z widzów widzi w tym łatwą i przyjemną komedię, ja widzę tu prawdziwy dramat. Dodatkowo Leonardo DiCaprio w życiowej formie (bez Oscara, ale z nagrodą OBF ;) ) i kilka naprawdę znakomitych scen, które sprawiają, że „Wilk z Wall Street” stanie się filmem kultowym. (Łukasz)

W moich oczach film roku. Jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza rola Leonardo DiCaprio i również jeden z najlepszych filmów Martina Scorsese, który udowadnia, że reżyser może być świeży nawet po siedemdziesiątce. Jego „Wilk z Wall Street” to nie tylko niegrzeczny festiwal hedonizmu, czy kolejny upadek mitu american dream. To także obraz zdeprawowanej chciwością i pragnieniem zysku grupy społecznej, a może i ludzi w ogóle? (Alek)

5. Ona
Bez wątpienia najsmutniejszy film roku. Spike Jonze pisze przepiękną historię o samotności, dodając od siebie refleksję nad kierunkiem, w którym podąża nasz świat. W jego wizji świata człowiek sam zmusza się do samotności, wyobcowując się z otoczenia. Nic nie jest prawdziwe, nic nie jest proste, a otwieramy się jedynie przed głosem, który płynie z małego urządzenia. (Łukasz)

Najnowszy film Spike'a Jonze'a to zdecydowanie najciekawsza wizja przyszłości w kinie kończącego się roku. W „Ona” tworzy film o człowieku nowoczesnym, który w obliczu technologicznych nowinek nie potrafi odnaleźć drugiego człowieka. Theodore – grany przez Joaquina Phoenixa - to szaraczek przyszłości, kolejne stadium naszego rozwoju. Jego miłość, która – wydaje mu się – łączy go z programem operacyjnym, mówiącym głosem Scarlett Johansson to de facto egoistyczna potrzeba samozadowolenia. (Alek)

6. Grand Budapest Hotel
Zwariowany Świat Wesa Andersona kolejny raz mnie porwał, całkowicie. Przeuroczy obrazek, z zabawną historią, świetną scenografią, kostiumami i kreacjami aktorskimi. Reżyser czerpie garściami z tego, co oferuje mu kino, przerabiając je tak, że we wszystkim po prostu wyczuwa się podpis Andersona. Dzięki ironicznemu poczuciu humoru możemy też poczuć nostalgię ciągnącą się za filmem, opowieść o świecie, który przepadł na zawsze. (Łukasz)

Urocze. Filmy Wesa Andersona, z charakterystyczną pastelową paletą barw i z pięknymi, dopieszczonymi kadrami to wizualne łakocie dla wszystkich kinomanów. „Grand Budapest Hotel” to chyba najlepszy film reżysera. Świetna obsada, na czele z Ralphem Fiennes'em i całą plejadą gwiazd na drugim planie oraz wciągająca opowieść o hotelu. Pozycja obowiązkowa. (Alek)

7. Wolny Strzelec
Dan Gilroy w Hollywood od dawno słynie, jako świetny scenarzysta, jednak w roli reżysera debiutował w tym roku „Wolnym Strzelcem”. Porusza ciekawą dyskusję, stając w opozycji do dzisiejszych mediów i „korposekty”. Intrygująca historia i świetna rola Gyllenhaala sprawiają, że film to nie kolejny zwykły thriller, ale poruszająca refleksja nad światem mediów i ich wpływem na ludzi. Jake jest poruszający w swojej kreacji, przez wielu określana jako „najlepsza w karierze”. (Łukasz)

Debiut reżyserski scenarzysty Bourne'a. Dynamiczny, drapieżny, niepokojący. Jake Gyllenhaal w roli życia. Dan Gilroy serwuje nam wypełniony akcją traktat o etyce mediów, miażdży mit american dream i ośmiesza jakże popularną ostatnio korporacyjną mowę. Wszystko podane idealnie, a popisy aktorskie Gyllenhaala godne każdej nagrody. (Alek)

8. Oh, boy!
Kolejny wielki sukces minimalizmu i prostoty! Kto by pomyślał, że to niemiecki „Oh, Boy!” okaże się najlepszą komedią roku? Niewymuszony, subtelny, przepiękny. A do tego przenikliwy w swych rozważaniach nad istotą ludzkiego istnienia. Brutalnie przypomina, że człowiek to tylko mała cząsteczka wielkiego wszechświata. A przecież każdy z nas chce być tak ważny. Najmocniejszą stroną filmu jest jego bohater, świetnie napisany i zagrany. Reżyser nie zmusza nas do polubienia Nika (chociaż trudno oprzeć się jego neurotycznemu urokowi), nie usprawiedliwia postawy chłopca. Jedynie chce, by widz dał się porwać, oprowadzić po smutnym świecie i przepięknym Berlinie. (Łukasz)


9. Mama
Kolejny wielki sukces Xaviera Dolana, potwierdzający jedynie rozwijająca się dojrzałość reżyserską Kanadyjczyka. „Mama” nawiązuje do pierwszego obrazu Dolana „Zabiłem swoją matkę”, jednak tym razem nie mamy do czynienia roszczeniową postawą hipsterskiego młodzieniaszka. To pewnego rodzaju rozgrzeszenie rodzicielki (w której roli kolejny raz widzimy znakomitą Annę Dorval) z wszelkich win. To także niezwykle ciepła opowieść o miłości i nadziei, ubrano w popkulturowe klisze, które w przedziwny sposób stały się artystyczną mozaiką. Takie rzeczy potrafi robić dziś tylko Xavier Dolan. Celine Dion, Dido czy Lana Del Rey, których piosenki wykorzystuje twórca, powinny dziękować Dolanowi za tak piękne interpretacje ich starych przebojów. „On ne change pas” do dziś chodzi za mną, w zupełnie nowym kontekście. (Łukasz)

10. Furia
Co pewien czas powstaje film wojenny, który umiejętnie, bez zbędnego patosu pokazuje okrucieństwo wojny. Takim właśnie obrazem jest „Furia” Ayera. Skupia się na kilku członkach załogi czołgu, która dzielnie idzie przez upadające Niemcy niosąc śmierć i spustoszenie. Co ciekawe najciekawsze w filmie nie są wcale sceny batalistyczne (choć te są naprawdę dobrze zrobione – brawa za zdjęcia Romana Vasyanova) ale te z cywilami. Ayer pisze ciekawe dialogi, uciekając od banałów, w które bardzo łatwo można było wpaść. Największym dla mnie odkryciem „Furii” jest jednak młodziutki Logan Lerman, który kradnie show Pittowi i LaBeoufowi. (Łukasz)

Brad Pitt prowadzący załogę czołgu pod koniec II Wojny Światowej, reżyserowany przez Davida Ayera. Twórca „Królów ulicy” po raz kolejny skupia się na relacjach między „prawdziwymi facetami”, którzy tym razem na froncie rozwalają Niemców, że aż miło. Oprócz porządnej dawki aktorstwa – kapitalna realizacja scen batalistycznych, z hipnotyzującym obrazem pracy załogi czołgu. (Alek)

11. Boyhood
12. Wielkie piękno
13. Bogowie
14. Noe: Wybrany przez Boga
15. Na skraju jutra

Najgorsze filmy roku:


1. Zimowa opowieść
Oglądając „Zimową opowieść” było mi wstyd! Wstydziłem się za reżysera, za aktorów (Russell Crowe!?), za scenarzystę. Dawno w kinie nie było tak słabego filmu fantasy. Absurd goni absurd. Twórcy zapomnieli, że nie każda książka jest czystym tekstem gotowym na przeniesienie na ekrany. „Zimowa opowieść” może sprawdzała się jako powieść, niestety całkowicie nie nadaje się na film. Brak tempa, zwrotów akcji, kulminacji. Na plus chyba tylko przyzwoita muzyka Zimmera. (Łukasz)

Ręce opadają. Tyle banału, kiczu i tandety nie widziałem w kinie od dawna. Konie-psy, dziwne magiczne historyczne przeskoki czasowe i plejada gwiazd, które na każdym kroku się kompromitują. A wszystko napisane przez laureata Oscara Akivę Goldsamana i przez niego również wyreżyserowane. Szkoda słów. (Alek)


2. Obrońcy skarbów
„Obrońcy skarbów” to nie tylko najnudniejszy film roku, ale też największy przekręt Clooneya. Aktor, który już kilka razy sprawdził się jako reżyser, wmawiał wszystkim w wywiadach, że jego najnowszy film to pełen akcji widowisko historyczne, przywołując w pamięci najlepsze filmy szpiegowskie. Dziś dzięki hakerom, którzy zbombardowali świat mailami z firmy Sony, wiemy, że sam zainteresowany nie miał dobrego zdania o swoim dziele. Trudno będzie kolejny raz zaufać urokliwemu Georgowi. Tym bardziej, że materiał na film miał fantastyczny. Niestety chyba chciał zrobić kolejną część przygód Dannego Oceana. (Łukasz)

Jedno z największych rozczarowań roku. Clooney – w końcu uznany już aktor i reżyser – łapie się za temat zdecydowanie unikalny, dający pełne pole do popisu. Niestety w „Obrońcach skarbów” popełnia wszelkie możliwe błędy. Podobnie jak w „Miłosnych gierkach” nie potrafi operować humorem, jest zdecydowanie zbyt sztywny i pozbawiony fantazji. Szkoda niezłych aktorów, którzy po prostu nie mają za dużo dobrych scen do zagrania. (Alek)


3. Akademia Wampirów
To miał być nowy „Harry Potter”, tylko, że zamiast czarodziejów na ekranie miały biegać wampiry. Niestety nic tu się nie zgadza. Uczennice szkoły wyglądają jak pierwszoplanowe aktorki z marnych pornosów, historia przewidywalna, żarty okropne. Bez osobowości, kalki ze wszystkich młodzieżowych filmów ostatnich kilku lat. Nie broni się to też jako „film dla beki”. Dobrze ogląda się to tylko, jak wypije się naprawdę duuuużo alkoholu i rano nie będzie się nic pamiętało z tego dzieła. (Łukasz)


4. Milion sposobów, jak zginąć na zachodzie
Ten film pokazuje, że nawet najwybitniejszym komikom może zdarzyć się potknięcie. Liczyłem na fajną parodię wszystkich westernów jakie widziało kino, niestety więcej tu z „Teda” niż z najlepszych parodii gatunku. Sporym błędem było też obsadzenie w roli głównej samego siebie, Seth MacFarlane może i jest świetny w dubingowaniu, ale aktor z niego marny. Główny bohater jest zupełnie wypruty z osobowości, a towarzysząca mu Theron gra wszystko na tych samych minach. Do tego głupkowate żarty, który opierają się na najbardziej prymitywnych zagraniach (hahaha, ktoś dosypał komuś tabletek na rozwolnienie). No i na koniec Neil Patrick Harris, który umie dziś grać już tylko Barneya. (Łukasz)


5. Czarownica
To było jedno z największych rozczarowań tego roku. Proste rozwiązania w scenariuszu (niestety – feministyczny bełkot) sprawiły, że można było spokojnie przewidzieć każdy największy zwrot akcji. Szkoda, bo Maleficent to mroczna i bardzo gotycka postać, która już samą sobą daje spore możliwości do rozbudowania dobrej historii. Niestety oczywisty wybór na odtwórczynię głównej roli nie był do końca trafiony, Angelina ma tu kilka znakomitych momentów, ale też sporo słabszych. Zakończenie bardzo rozczarowuje, ale cóż… to Disney. (Łukasz)

W poszukiwaniu nowych pomysłów Hollywood sięgnęło ostatnio do klasycznych opowieści, opowiadając historie bohaterów na nowo - zmieniając spojrzenie na czarne charaktery. Przykładem takiego tytułu jest "Czarownica". Niestety jest to kolejny nieudany projekt aktorski Angeliny Jolie i największa klęska Disneya ostatnich lat. Rola żony Pitta przestrzelona - Jolie szarżuje i ostatecznie przesadza z krzykliwością. Jednak najgorsze w "Czarownicy" jest to, co wokół niej - obrzydliwie cyfrowy świat, który w porównaniu z gotycką "Śpiącą królewną" wypada jak Świątynia Opatrzności Bożej przy Katedrze Notre Dame. (Alek)


6. Transcendencja
Wielkie nic. Wydmuszka, bez duszy, serca. „Transcendencja” od pierwszych scen wydaje się być dziełem zupełnie nijakim. Bełkot płynie strumieniami, niestety nic z niego nie wynika. Pod koniec już nie mam pojęcia, po co to właściwie było, bo mam dziwne wrażenie, że twórcy chcieli niby coś przekazać. Niestety największym rozczarowaniem jest Johnny Depp. Okazuje się bowiem, że bez tony charakteryzacji i bardzo charakterystycznej postaci aktor nie ma zupełnie nic do pokazania. Król jest nagi. (Łukasz)

Nadworny operator kamery Christophera Nolana – Wally Pfister – postanowił przejść na własne. Niestety jego debiut nie udał się. Może nie jest to film zły, ale mocno rozczarowujący. Poraża brakiem charakteru – Pfister widocznie próbował wzorować się na Nolanie, konstruować wszystko na jego sposób. Brakuje mu jednak przebojowości i chyba jednak talentu reżysera „Mrocznego Rycerza” i tworzy historię zupełnie nijaką, nie angażującą widza. Bezjajeczny Johnny Depp natomiast po raz kolejny udowadnia, że najlepsze lata ma już za sobą. (Alek)


7. 300: początek Imperium
Nie ma się co oszukiwać, na film tego typu idziemy w jednym celu – zobaczyć ostrą rozwałkę. Niestety ta w „300: początek Imperium” jest bardzo średnia. Bitwy morskie były zbyt trudne dla twórców, by ułożyć ciekawe sekwencje walk. Niestety samo slow motion już nie działa. Nie chodzi nawet o absurdy, do jakich są zdolni walczący wojownicy, ale zerowa atrakcyjność tych scen. Na dokładkę (o dziwo) bardzo nieudana kreacja Evy Green. Przecież ona jest stworzona do ról żądnych zemsty wojowniczek. Niestety, tu jakoś bez duszy (na szczęście uratowała swój honor rolą Avy Lord w „Sin City 2: Damulka Warta Grzechu”). (Łukasz)

Kontynuacja „300” Zacka Snydera nie należy do udanych. Film Noama Murro na każdym kroku przegrywa z kultową pierwszą częścią. Nie ma charyzmatycznego bohatera, nie ma świeżości realizacji, nie ma równie pasjonującego scenariusza. Jeśli do tego dodamy garść nieudanych pomysłów (gęstsza krew niczym farba na mieczach – niby pędzlach żołnierzy – niby artystów?) to mamy czołową filmową porażkę roku. (Alek)


8. Miłość bez końca
Lata 90. wiecznie żywe. Twórcy „Miłości bez końca” absolutnie nic nie dają od siebie, czerpią z tego co najłatwiejsze w gatunku romansu dla nastolatek. Bohaterowie be duszy, których można opisać jednym zdaniem: zaborczy ojciec, opiekuńcza matka, zdzirowata rywalka, brat żartowniś. Słodkie do granic możliwości. A plakaty znowu obiecywał (bardzo ładne plakaty) film o końcu dojrzałości, o odnalezieniu w sobie kobiecości. Niestety dostaliśmy tandetny romans, który bezczelnie rujnuje reputację młodego i całkiem zdolnego Alexa Pettyfera. (Łukasz)


9. Obietnica
Jeżeli film reklamuje się hasłem „Może przebić popularność „Sali Samobójców”” to już czuję, że coś będzie nie tak. Nie dlatego, że nie przepadam za filmem Komasy, obawiam się, że jedyną ambicją reżyserki opowiadającej o problemach dzisiejszej młodzieży jest duża kasowość obrazu. Tak też chyba było w tym przypadku, bo cała problematyka „Obietnicy” jest sztuczna, wydumana i mało prawdopodobna. Twórczyni chce żeby było kontrowersyjnie, szokująco, niestety wychodzi banalnie, nudno i bardzo przewidywalnie. (Łukasz)


10. Godzilla
Trzeba "Godzilli" przyznać, że jej zwiastuny prowadziły bodajże najlepszą w tym roku akcję promocyjną. Tajemnicze i mroczne obiecywały monster movie na poważnie - ze znanymi i dobrymi aktorami. Niestety - o ile film trudno nazwać złym - to jednak "Godzilla" mocno rozczarowuje. Samej Godzilli jest tu jak na lekarstwo (chociaż trzeba przyznać, że reżyser ma bardzo konkretny pomysł na jej przedstawienie), a znakomici aktorzy pojawiają się raczej w zdecydowanie za małych rolach epizodycznych, podczas gdy na pierwszy plan wybija się drewniany i pozbawiony charyzmy Aaron Taylor-Johnson. (Alek)

11. Karuzela
12. X-men: Przeszłość, która nadejdzie
13. Miasto 44
14. Need for Speed
15. Niesamowity Spider-Man 2

piątek, 26 grudnia 2014

Pożądanie



Chciałbym, ale się boję
Pożądanie jest w pewnym sensie filmem niezwykłym, choć całkiem przeciętnym. Opowiada historię pewnego romansu, który właściwie się nie wydarzył. Przewrotny pomysł to zdecydowanie najmocniejsza strona obrazu Lisy Azuelos, która właśnie w opowieści ujawnia swoją kobiecą naturę.
Jak to w klasycznym romansie mamy ją i jego. Zupełnie innych, dzieli ich naprawdę wszystko. Elsa pisze książki i odnosi kolejne sukcesy. Świeżo rozwiedziona mieszka w dobrej dzielnicy wraz z dorastającymi dziećmi. Trudno nazwać ją wzorową matką, sypia z młodszym chłopakiem, zapewne niewiele starszym od jej córki. Często wychodzi z koleżankami na imprezy niczym szalona osiemnastolatka. Pierre stroni od takich wydarzeń, ale właśnie na jednym z przyjęć poznaje Else. Całkowicie nie pasuje do jego idealnie ułożonego świata. A jednak połączyła ich… marihuana. 


Francuskie media często porównywały Pożądanie do filmów Woodego Allena. Obawiam się jednak, że mają na myśli te z ostatnich kilku lat. Bo chociaż fanem reżysera z Nowego Jorku nie jestem, to doceniam jego cięte dialogi i (czasami) poczucie humoru. A tego w filmie francuskiej reżyserki ze świecą szukać. Mało w rozmowach bohaterów pikanterii, zwłaszcza w chwilach gdy powinno być naprawdę "pieprznie". Natomiast wymuszone żarty o tym jak to starsi państwo po czterdziestce chcą się zjarać lub nawalić na cudzej imprezie nikogo nie rozbawią.
Chociaż Azuelous to ewidentnie nie banalna osobowość. Cała intymność i niewinność filmu kryje się w tym jak reżyserka (i zarazem scenarzystka) rozpisała historię. Retrospekcje i zdarzenia, które okazują rozwijać się tylko w głowach bohaterów sprawiają, że film rozgrywa się jakby w świecie snu i marzenia. Azuelous przedstawia nam kilka rozwiązań rozgrywającego się romansu, który zostaje znakomicie podsumowany na samym końcu. Ostatnie wypowiedziane słowa są nie nachalnym morałem płynącym z dzieła reżyserki. Siły dodaje jeszcze osobista dedykacja autorki.


Pożądanie to jednak film o obsesji i faktycznym pożądaniu (chociaż oryginalny tytuł z języka francuskiego powinno się przetłumaczyć jako Spotkanie). Tego niestety trochę owego pożądania zabrakło. Postać Pierra nie jest jakoś specjalnie wyrazista, ale grający ją François Cluzet (polskim widzą znany przede wszystkim z roli sparaliżowanego Philippe z Nietykalnych) nie robi absolutnie nic by urozmaicić swojego bohatera. Opisać go można tylko jako nijakiego prawnika, nudnego i nieciekawego. Tym trudniej uwierzyć, że wpadł on w oko Elsie, zwłaszcza, że gra ją przepiękna Sophie Marceau. Nie wiem czemu to właśnie ten mężczyzna spowodowała, że pisarka zerwała ze swoją jedyną zasadą – nigdy nie umawiaj się z żonatym facetem.
Często w banalność spycha Pożądanie szalenie modny montaż, wzorowany na montażu teledyskowym (mam dziwne wrażenie, że wszyscy wzorują się na We found love Rihanny). Niestety tylko raz taka zabawa wydaje mi się uzasadniona w tym przypadku. W przeciwieństwie do Xaviera Dolana, który się w taki sam sposób uwielbia bawić montażem, Azuelous korzysta z takiego rozwiązania jedynie by szybciej opowiedzieć o losach bohaterów. Robi to jednak nieudolnie i za dużo razy, popadając w monotonię. A przecież wszystko i tak trwa zaledwie 80 minut, spokojnie można było posilić się o rozbudowanie historii w klasyczny sposób.
Francuska reżyserka serwuje nam niezwykle ciekawą historię, niestety średnio podaną. Widać w tej opowieści wielki potencjał i zaangażowanie Azuelous, zabrakło jednak pomysłu. A szkoda, bo to nie kolejny banalny romans. 



 - Łukasz Kowalski

niedziela, 16 listopada 2014

Interstellar


Człowiek vs. Nieskończoność
„Interstellar” to w opinii wielu najważniejsza premiera roku, dla mnie na pewno najdłużej oczekiwana. Sam projekt obserwowałem od samego początku, gdy jeszcze w osobie reżysera upatrywano Stevena Spielberga. Informacja o przejęciu projektu przez Christophera Nolana – przy słabszej ostatnio formie mistrza – ucieszyła mnie. Tym bardziej, że Brytyjczyk strasznie szybko wkupił się w moje łaski i na stałe dołączył do wąskiego grona ulubionych twórców. Jeśli dodamy do tego fakt, że autor „Incepcji” nie ukrywa fascynacji klasykami sci-fi - „Łowcą Androidów” Ridleya Scotta i „Odyseją Kosmiczną” Stanleya Kubricka – to hit gwarantowany, a oczekiwania mocno wywindowane.

Początek to spełnienie głośnych zapowiedzi, w których Nolan obiecywał, że w „Interstellarze” odda cześć Spielbergowi, choć nie w tak wyraźny sposób jak „Super 8” J.J. Abramsa. I rzeczywiście – skojarzenia z twórczością reżysera „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” są oczywiste, a scena pogoni poprzez rozległe pola kukurydzy przypomina familijną aurę „E.T.”. Zresztą fabuła, której fundamentem przez cały film pozostaje miłość rodzicielska i tęsknota za dziećmi (zdecydowanie bardziej wyraźna i nachalna niż w „Incepcji”) naturalnie łączy się z całą twórczością Spielberga. Kolejne etapy fabularne coraz bardziej odchodzą od ciepłego kina nowej przygody i – wraz z przeniesieniem akcji w bezkres kosmosu – wkracza w bardziej mroczne klimaty. Pośród gwiazd Nolan odnosi największy sukces ilustratorski, udowadniając, że warsztat opanował do perfekcji. Kontrasty – niewyobrażalny bezkres kosmosu i ciasny kokpit statku kosmicznego – wyrażają wspaniałe zdjęcia Hoyte van Hoytema, na przemian przenoszące widza z wnętrza statku do ogromu przestrzeni kosmicznej. Ważną rolę odgrywa także muzyka, w której Hans Zimmer – wyraźnie inspirując się Glassem („Koyaanisqatsi”!), a momentami czerpiąc z Vangelisa – idealnie łączy monumentalizm, rozmach i tajemniczość, a poprzez mocne organy wprowadza sakralność, a nawet mistykę. Nolan potrafi imponować, przy jednoczesnym braku tandetnego efekciarstwa spod znaku Michaela Baya, czy Rolanda Emmericha.

Zgrzyty – niestety wcale nie takie małe - pojawiają się w fabule. Chociaż można przymknąć oko na skróty myślowe, czy wręcz luki fabularne, sprowadzanie teorii naukowych do banalnych uproszczeń rodem z lekcji przyrody, ale nie sposób zaakceptować niespotykane dotąd w twórczości Nolana obrzydliwy infantylizm, tandetne teksty (monolog Anne Hathaway o miłości...) i patos w najgorszym hollywoodzkim wydaniu. Reżyser przez większość filmu prowadzi dwa równoważne wątki – kosmiczny z ojcem (Matthew McConaughey w roli Coopera) i ziemski z córką (Jessica Chastain w roli Murph) – i ów dwuwątkowość podkreśla, jak nierówny jest „Interstellar”. Wątek ziemski – odpychająco infantylny, przepełniony banałem i płaskimi postaciami, ze sztucznie wygenerowaną dramaturgią na końcu – choć dla fabuły zdecydowanie kluczowy to najgorsze minuty kina, jakie kiedykolwiek stworzył brytyjski reżyser. Wątek ojca – ze zdecydowanie drugoplanowym, ale niespotykanym w całej twórczości reżysera bardzo przyjemnym humorem - ciągnie film i za każdym razem, gdy Nolan przenosi akcję na ziemię widz przebiera nogami i tęskni za gwiazdami.
Decydujący dla „Interstellara” jest jednak jego głos. Christopher Nolan próbuje zmierzyć się i wejść w dyskusję z „Odyseją kosmiczną”. Dlatego co chwilę nawiązuje do arcydzieła Kubricka, a w decydującej sekwencji bezpośrednio konfrontuje się z zakończeniem „Odysei” - i właśnie wtedy ostatecznie ponosi intelektualną klęskę.

W „Odysei Kosmicznej” Kubrick podchodzi do wszechświata z pozycji uniżonej. Podkreśla jak mali jesteśmy, jak niewiele dla wieczności znaczy istnienie nie tylko jednostki, ale całej ludzkości. Zadawał pytania, nie udzielał odpowiedzi – bo jak człowiek może ogarnąć nieskończoność, jak w naszej niewiedzy możemy być czegokolwiek pewni, jak mało naprawdę osiągnęliśmy. Pozostawia widzów z niedopowiedzeniem, z workiem pytań bez odpowiedzi, niejako zaprasza widzów do szukania odpowiedzi na odwieczne pytanie istnienia. Christopher Nolan próbuje odpowiedzieć na zadane przez Kubricka pytania. Klucz do nieśmiertelności, do zrozumienia istnienia widzi w miłości. Nie ma wątpliwości, zdaje się niemal pouczać, przyjmując to za pewnik, nie zostawia miejsca na znaki zapytania – i w oczywisty sposób skazuje się na śmieszność. W „Odysei kosmicznej” człowiek przyszłości ponosi druzgocącą klęskę w starciu z nieskończonością, z tajemnicą istnienia – w obliczu tajemniczego monolitu zachowuje się tak samo jak człowiek pierwotny – nie potrafi go zrozumieć, ogarnąć swym ograniczonym umysłem. Nolan w „Interstellarze” przyjmuje zupełnie inną postawę. Ludzkość – mimo iż stoi przed obliczem upadku na Ziemi – jest wielka, a umysł nieograniczony. Kosmos nie jest już bezkresem, niemożliwym wyzwaniem dla człowieka, lecz ujarzmioną dziczą. Ludzkość tryumfuje. Swoje wnioski reżyser przedstawia w banalnych rozważaniach tragicznie napisanego finału, w pozbawionej dobrego smaku sekwencji kontaktu ojca z córką, a w połączeniu z pełnym przekonaniem o racji swoich tez w obliczu tak wielkich, fundamentalnych pytań sprawia wrażenie nadętego głosu wszechwiedzącego dzieciaka. 

„To najgorszy, jak i najlepszy film roku” - napisał Piotr Pluciński na swoim facebooku na gorąco po seansie. Zgadzam się z nim w stu procentach. „Interstellar” notuje zarówno najlepsze, jak i najgorsze chwile w całej twórczości reżysera, na przemian sięgając gwiazd i lądując w błocie ziemskiej rzeczywistości.



- Alek Kowalski