![]() |
| Nominacje OBF2012: film, scenariusz |
Co stało się z dzisiejszymi komediami? Taki typ filmu stał się przewidywalny i oczywisty, ogranicza się właściwie do trzech banalnych rozwiązań. Mamy komedie romantyczne (gdzie kino polskie zaczęło poważnie inwestować, z jakim skutkiem nie muszę mówić), filmy obrzydliwe (z „American Pie” na czele) i po prostu głupie (każdy nowy film z Adamem Sandlarem). Tym bardziej „Kocha, Lubi, Szanuje” tak bardzo cieszy.
Film opowiada historię trzech mężczyzn, Cala (Steve Carell) - ustatkowanego faceta po czterdziestce, który właśnie został rzucony przez żonę, Jacoba (Ryan Gosling) - typowego playboya z ciałem jak z „photoshopa” i Robbie’ego (Jonah Bobo) - syna Cala, który przeżywa trudną pierwszą miłość. Każdy z nich uosabia swoje pokolenie i odmienny styl życia.
Główną myślą filmu jest miłość, jej wartość i cena. Mimo to nie oczekujcie zwykłej komedii romantycznej z pięknymi plenerami markującymi prawdziwy świat. Cal traci wiarę w miłość i zapomina o tym wszystkim, co piękne w jej przeżywaniu. Małżeństwo, w które wdarła się nuda i rutyna, rozpada się na jego oczach. Do działania zmusza go przypadkowo spotkany Jacob. Dla tego młodego podrywacza kobiety stanowią jedynie obiekt pożądania. Zmieni się to, gdy na jego drodze stanie ambitna i urocza prawniczka. Nieświadomie chłopak pozwoli jej zapuścić się głęboko w swoje życie i skrywane sekrety. Najmłodszy z trójki, Robbie, zakochał się w swej sporo starszej opiekunce Jessice (Analeigh Tipton) i mimo jej stałych działań, by ochłodzić popędy chłopca, ten zdaje się angażować coraz mocniej wyznając miłość w niekonwencjonalnych i oczywiście zabawnych sposobach.
„Kocha, lubi, szanuje” to film pozbawiony wszystkich mankamentów królujących w dzisiejszej komedii. Romantyzm jest i to autentyczny, brak scen infantylnych (momentami, gdy scenariusz niebezpiecznie zbliża się do tej granicy szybko wrzuca się zabawne i wyjątkowo mocne skecze by rozluźnić atmosferę), a kreowane postaci nie są płytkie. To w dużej mierze zasługa aktorskiej plejady gwiazd. Błyszczy szczególnie Gosling, którego znamy ze znakomitych ról dramatycznych. Carell ku mojemu zaskoczeniu nie robi z siebie błazna, jak to miał w zwyczaju. Stone znowu pokazała, że jest dobrze zapowiadającą się aktorką, no i oczywiście Julianne Moore bryluje, jak zwykle.
Największą mocą tego dzieła jest wspomniany już przeze mnie scenariusz. Poza inteligentnymi rozwiązaniami co do infantylnych scen posiada on pewną lekkość, a przy tym nic nie traci z warstwy moralizatorskiej. Nie chce on też zmuszać widza do ciężkich przemyśleń nad swoim życiem, ale jedynie zapalić w nim lampkę. Poza tym historie bohaterów wydające się z pozoru niezwiązane, zbiegają się w jednej z końcowych scen (moim zdaniem najlepszej w całym filmie) w fenomenalnym skeczu. Przywołujące tak dobre komedie jak „Pół żartem, pół serio”.
Komedia Glenna Ficarra i Johna Requa to jedno z największych i najprzyjemniejszych zaskoczeń tego roku. Polecam ten film każdemu, bo w czasach kiedy proponuje się takie kino jak pisałem we wstępie, taki film to rarytas.
- Łukasz Kowalski



