„Rewers” Borysa Lankosza zgarnął u mnie bardzo wysokie noty i między innymi dzięki moim głosom zgarnął dwie najważniejsze nagrody Organizacji Blogów Filmowych przed dwoma laty, wyprzedzając rewelacyjny „Frost/Nixon”, głośne „Bękarty Wojny”, czy poruszającego „Lektora”. Wydaje się więc oczywiste, że nie należę do widzów przekreślających polskie kino. Raczej z nadzieją oczekuję kolejnych polskich produkcji, ciągle wierząc w siłę rodzimej kinematografii. I naprawdę, pomimo kiczowatego zwiastunu, miałem nadzieję, że „1920 Bitwa Warszawska” Jerzego Hoffmana okaże się niezłym, nie za bardzo ogłupiającym widowiskiem historycznym. Niestety, tym razem przypadek „Rewersu” się nie powtórzył.
Hoffman poniósł klęskę. Ewidentnie gubi się w filmowych założeniach, nie ma wyczucia dobrego smaku. Starał się oprzeć historię na prostych, zupełnie ogranych motywach, jednak opowieść od początku nie może złapać tempa, a pocięte wątki nie trzymają się kupy. Najpierw za dużo czasu poświęca muzycznym popisom Urbańskiej, w pewnym momencie kiczowato nawiązując do obsypanego nagrodami „Kabaretu”. Potem łopatologicznie próbuje sądzić postaci historyczne. Upada też sama idea zestawienia dwu cywilizacji – polskiej i bolszewickiej.
Każde kolejne sceny wydają się tylko lekko zarysowane, okrojone i niepełne. Gdy już Hoffmanowi udaje się chwycić widza za gardło (romantyczna, pompatyczna scena śmierci Ignacego Skorupki), nie potrafi w sposób ładny, stylowy zamknąć wątku. Co więcej, przez nieudolny montaż ginie nawet najprostsza logika przyczynowo-skutkowa i ciągłość opowiadanej historii. Jeżeli do tego dorzucimy tragicznie pomyślany wątek Nataszy Urbańskiej, to kinematograficzna tragedia gotowa.
Ciekawe, że w „Bitwie Warszawskiej” nie ma też samej bitwy. Hoffman pozbawia wielką bitwę najprostszego scenariusza. Nie ma ani wyraźnego rozpoczęcia, nie ma dramatu, a także i samego punktu kulminacyjnego. Nie widać wreszcie szumnie zapowiadanej szarży kawalerii. Ani przez chwilę nie czuć epickiego rozmachu.
Najbardziej przykre, że do niskiego poziomu filmu przystosowali się fachowcy polskiego kina – nominowany do Oscara Sławomir Idziak i Krzesimir Dębski. Pierwszy – odpowiedzialny za zdjęcia – pomimo śladowych pomysłów na realizację 3D – zapomina o wrażliwości oczu widza na tę technologię i dorzuca nam jeszcze zdjęcia kamerą „z ręki”. Epilepsja gwarantowana. Natomiast Dębski – znany z wyrazistego soundtracku do „Ogniem i mieczem” tworzy muzykę ograniczającą się do kilku prostych motywów. Nie potrafi wzmocnić widowiskowości film. Opiera partyturę na prostej muzyce ludowej, która zupełnie nie pasuje do filmu.
„1920 Bitwa Warszawska” przypomina radzieckie filmy propagandowe. Przepis ten sam – gwiazdy, widowisko i łopatologiczna ideologia, chociaż efekt o wiele gorszy. Boli mnie, że na taki filmowy szajs znalazło się w Polsce 27 milionów złotych, a na kameralną opowieść o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim z Mateuszem Kościukiewiczem brakuje pieniędzy. Hoffman kończy filmową karierę najbardziej kiczowatym filmem historycznym, jaki miałem nieprzyjemność oglądać.
- Alek Kowalski