piątek, 20 marca 2015

Ranking oscarowych zwycięzców


Na krótko przed osiemdziesiątą siódmą galą rozdania Oscarów wpadłem na pomysł, aby poznać wszystkie filmy, które zostały wyróżnione przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej najważniejszą nagrodą sezonu i po seansie wszystkich 87 tytułów ułożyć spośród nich ranking.
Co roku gala rozdania Oscarów przynosi pozytywne, bądź negatywne, mniejsze lub większe zaskoczenia. Czasami podejmuje skandaliczne decyzje, ciągnące się za Akademią po dziś dzień, a czasami odważne – w pewnym momencie wydawałoby się nietrafione – ale koniec końców odpowiednie. Niestety zdecydowanie częściej wybory Akademii rozczarowują, a tryumfujące tytuły starzeją się zdecydowanie gorzej niż konkurenci.
Od razu ostrzegam, że niektóre moje wybory mogą być dość kontrowersyjne, ale przypominam, że jest to mój subiektywny ranking, więc nie bulwersujcie się zbytnio.






87. Melodia Broadwayu (Broadway Melody, 1929)
Na ostatnim miejscu zwycięzca drugiej gali rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej (aż do 1939 roku statuetka nie była nazywana Oscarem). Prosta historia sióstr, które pragną zrobić karierę na Broadwayu, połączona z niezbyt przejmującym konfliktem miłosnym współczesnemu widzowi nie ma nic do zaoferowania, chociaż w 1929 roku stanowiła pewną nowinkę techniczną. “Melodia Broadwayu” to jeden z pierwszych musicali, ba, pierwszych filmów pełnometrażowych dźwiękowych w ogóle. Oczywiście doceniam jego walory techniczne, jednak prawdziwa sztuka nie ma terminu przydatności oraz powinna mieć coś do zaoferowania ludziom wiele lat po powstaniu. “Melodia Broadwayu” nie ciekawi fabularnie, a w porównaniu z późniejszymi, zdecydowanie bardziej dynamicznymi i dopracowanymi musicalami prezentuje się bardzo, ale to bardzo skromnie.

86. Pani Miniver (Mrs. Miniver, 1942)
Bardzo mocnym konkurentem w walce o “zaszczytne” ostatnie miejsce był zwycięzca gali z 1943 roku, tryumfator w aż sześciu kategoriach. “Pani Miniver”, przedstawiający historię rodziny z małego brytyjskiego miasteczka oraz jej udziału w obronnej wojnie z Niemcami Hitlera, to całkiem sprawna propaganda aliancka, pokrzepiająca, motywująca żołnierzy walczących na froncie. Doceniam jej rolę, a nawet popieram takie wykorzystanie sztuki filmowej (bo jednak propaganda w słusznej sprawie...), ale po latach “Pani Miniver” oprócz kilku poprawnie zagranych ról oraz jednej imponującej sceny nie ma nic do zaoferowania.

85. Największe widowisko świata (The Greatest Show on Earth, 1952)
I mamy pierwszy skandal. W 1953 roku Oscar za najlepszy film roku trafił do twórców “Największego widowiska świata” - historii o wędrującym po USA cyrku z Charltonem Hestonem w roli dyrektora. Po latach o filmie nikt nie pamięta, wspominany jest tylko przy okazji rankingów najgorszych zwycięzców oscarowych w historii. Bo jak to możliwe, że nijaka, dłużąca się, trwająca ponad dwie i pół godziny opowieść o cyrku, która udowadnia tylko, że cyrk to strasznie prymitywna oraz przeraźliwie nudna rozrywka, została uznana za lepszy film niż “W samo południe”, które obecnie cieszy się statusem arcydzieła.
Na plus solidny Charlton Heston, a także fachowa reżyseria scen zbiorowych oraz imponująca kontrola produkcyjna.

84. Cieszmy się życiem (You can't take it with you, 1938)
Frank Capra słynął z tworzenia filmów poprawiających humor, ma na koncie kilka ważnych tytułów dla światowej komedii. Niestety oscarowy “Cieszmy się życiem” to karykatura jego twórczości. Absurdalna naiwność i wynikające z niej tanie moralizatorstwo wydają się nieszczere, a twórcy nie potrafią obrócić filmu w lekką życiową przypowieść. Oczywiście momentami Capra potrafi zabłysnąć kierowaniem aktorów, panowaniem nad planem, ale ostatecznie od nadmiaru słodkości bolą zęby.

83. Gigi (1958)
Oj, nie mogło na samym dnie zabraknąć tego najbardziej konfundującego zdobywcy Oscara w historii. “Gigi” - ekranizacja musicalu, który adaptował książkę francuskiej autorki Colette – od samego początku zaskakuje. W Paryżu z przełomu XIX i XX wieku poznajemy historię miłosną nastoletniej dziewczynki Gigi i widocznie starszego Gastona, którą przybliża nam od samego początku sympatyczny dziadek (chyba) pedofil – Honore Lachaille. Ta niesamowicie dziwna opowieść nie jest szczególnie interesująca, a muzyka i piosenki uciekają z głowy zaraz po obejrzeniu (no, oprócz śpiewanej przez Honore'a “Thank heaven for little girls”, która wprawia widza w zakłopotanie).
Uroku nie można odmówić operującym intensywnymi kolorami zdjęciom i scenografii.

82. Kawalkada (Cavalcade, 1933)
Pomimo że “Kawalkada” nie trwa nawet dwóch godzin, seans dłuży się w nieskończoność. Film Franka Lloyda, zaznaczający najważniejsze wydarzenia początku XX wieku poprzez dzieje brytyjskiej rodziny Marryotów, cierpi na brak pomysłów. Co z tego, że słyszymy o zatonięciu Titanica, czy wojnie burskiej. Reżyser nie dokonuje inscenizacji tych wydarzeń i nie ma pomysłu na oryginalne opowiedzenie o nich. Inwencją oraz filmowym wyczuciem wykazuje się w kilku ciekawszych montażowych sekwencjach, ale te nieliczne momenty giną pod ciężarem nudnej kroniki przeciętnej rodziny.

81. Zwyczajni ludzie (Ordinary people, 1980)
Debiut reżyserski Roberta Redforda zestarzał się bardziej niż niejeden film z lat '30. Toporne środki filmowe – z moją ulubioną retrospekcją zza kadru – bardzo szybko się zestarzały i obecnie budzą śmiech, co w naturalny sposób niszczy aurę intymnego dramatu. Film ma swoje atuty – przede wszystkim bardzo dobre role Donalda Sutherlanda i Judda Hirsha oraz kilka nieźle napisanych scen – ale obecnie mamy dużo lepszych tytułów, dotykających podobnych problemów.

80. Marty (1956)
Kolejny film o “zwyczajnych ludziach”. Love story o brzydkim i brzydkiej ma swój urok głównie dzięki aktorskim popisom Ernesta Borgnine'a w roli tytułowej, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym. Choć trwa ledwie 90 minut, co przynajmniej nie boli tak jak “Największe widowisko świata”.

79. My fair lady (1964)
“My fair lady” wśród sporej części widzów cieszy się statusem arcydzieła, ale mnie zupełnie nie przekonuje. Ma kilka muzycznych wzlotów (piosenki ojca tytułowej bohaterki) oraz przepiękną i uroczą jak zawsze Audrey Hepburn, ale to nie zrekompensuje trzech godzin przerażającej nudy i irytującego seksizmu.

78. Cimarron (1931)
Podobnie jak “Kawalkada”, “Cimarron” przybliża nam losy końca XIX, początku XX wieku poprzez dzieje rodziny. Film Wesleya Rugglesa jest o tyle ciekawszy, że przybliża nieznaną szerzej historię Oklahomy, otworzonej dla osadników pod koniec XIX wieku, a otwierająca sekwencja “wyścigu po ziemię” po dziś dzień robi wrażenie. Nie rozumiem także zarzutów o rasizm, często przewijających się w publikacjach na temat tego filmu. Owszem, Ruggles momentami operuje prostymi stereotypami, ale używa ich jako cennego oręża w walce z rasizmem i nietolerancją.

77. W 80 dni dookoła świata (Around the World in 80 days, 1956)
Bardzo lubię Davida Nivena w smakowicie przerysowanej roli brytyjskiego gentlemana, doceniam rozmach produkcyjny i realizacyjny, a wyszukiwanie znanych twarzy w epizodach (Frank Sinatra, Buster Keaton, Marlene Dietrich!) sprawiało mi przyjemność, jednak po tym, jak kinem przygodowym zajął się Steven Spielberg to film Michaela Andersona dramatycznie się zestarzał i przy takich tytułach jak “Poszukiwacze zaginionej Arki”, czy “Powrót do przyszłości” wypada niestety bardzo biednie.

76. Gubernator (All the king's man, 1950)
Jedno z moich największych rozczarowań. Po seansie “Wszystkich ludzi króla” Stevena Zailliana z 2006 roku byłem zniesmaczony przerysowaniem oraz intelektualną biedą adaptacji książki Roberta Penna Warrena. Niestety obsypana nagrodami wersja z 1950 roku nudzi niemiłosiernie, popełniając te same błędy, co Zaillian, broni się wyłącznie świetną rolą Brodericka Crawforda. Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale wolę nową wersję – tam przynajmniej reżyser próbuje korzystać z języka filmu.

75. Skrzydła (Wings, 1927)
Oglądając sceny pojedynków amerykańskich i niemieckich pilotów człowiek mógłby się zastanawiać, czy ten film naprawdę ma zaraz obchodzić dziewięćdziesiąte urodziny, gdyby nie fakt, że to film niemy. Rozmach inscenizacyjny, duża sprawność techniczna i kilka zgrabnych motywów zdecydowanie należy wyróżnić, jednak po latach dwie i pół godziny seansu stanowi nie lada wyzwanie, choć to wciąż ciekawszy melodramat w przestworzach niż żenujące “Pearl Harbor” Michaela Baya.

74. Wielki Zegfield (The Great Ziegfeld, 1936)
Jeden z pierwszych filmów biograficznych nagrodzonych najważniejszym wyróżnieniem Akademii to zaskakująco lekki i dowcipny fresk słynnego showmana Florenza Ziegfelda z urokliwym, dowcipnym Williamem Powellem w roli głównej. Uwagę zwraca przede wszystkim przewijający się motyw konkurencji Ziegfelda z innym producentem – Billingsem, w ciekawy sposób lawirujący pomiędzy rywalizacją i przyjaźnią. Zapewne wylądowałby wyżej w tym zestawieniu, gdyby nie fakt, że “Wielki Zegfield” jest dobrą godzinę za długi.

73. Życie Emila Zoli (The life of Emile Zola, 1937)
Kolejny (oj, nie ostatni) film biograficzny na tej liście. William Dieterle w ciekawy sposób zabiera się za życie i działalność wielkiego przedstawiciela naturalizmu z XIX wieku – Emila Zoli. Twórczość literacką ogranicza do kilku pomniejszych sporów autora z armią i prostej sekwencji montażowej, a skupia się na udziale artysty w głośnej sprawie kapitana Alfreda Dreyfusa. Chwilowa przemiana w dramat sądowy wychodzi filmowi na dobre, a drugoplanowy Donald Crisp ma swoje chwile chwały (jakim cudem to zupełnie nijaki Schildkraut dostał Oscara?!). Oczywiście dziwi konformistyczne unikanie kontekstu antysemickiego i kilka zaskakująco prymitywnych rozwiązań, ale trzeba przyznać, że film szczerze angażuje widza, a Paul Muni w roli Zoli jest rewelacyjny.

72. Pożegnanie z Afryką (Out of Africa, 1985)
Siedem Oscarów, kultowa scena mycia włosów, świetne role Roberta Redforda i Meryl Streep, Afryka w pięknych zdjęciach Davida Watkina, przyprawiona piękną muzyką Johna Barry'ego. Niestety, przydługi.

71. West Side Story (1961)
“Romeo i Julia” w realiach imigracyjnych sporów w Stanach Zjednoczonych. Ciekawe, ale technicznie przestarzałe, choć pieczołowicie dopracowane. W 1962 roku Oscar powinien trafić jednak do zdecydowanie mniej efekciarskiego, a po latach wciąż aktualnego “Wyroku w Norymberdze”.

70. Dżentelmeńska umowa (Gentleman's agreement, 1947)
Dzisiaj nie robi już takiego wrażenia, ale krótko po wojnie był ważnym głosem walki z antysemityzmem w Stanach Zjednoczonych. Pomysł jest pierwszorzędny, jednak obecnie wydaje się nieaktualny, za mało dosadny. To chyba znak, że swoją misję spełnił. Warto też wspomnieć o świetnych kobietach w rolach drugoplanowych – przede wszystkim Celeste Holm oraz Anne Revere.

69. Tom Jones (1963)
Jeden z bardziej oryginalnych oscarowych zwycięzców. “Tom Jones” to rubaszna komedia osadzona w XVIII-wiecznej Anglii. Ciekawa, nieco zakręcona fabuła oraz spora dawka niegrzecznych żartów w połączeniu z sympatyczną tytułową rolą młodziutkiego wówczas Alberta Finneya daje bardzo przyjemny efekt. No i ten prolog! Wyśmienity, utrzymany w konwencji kina niemego.

68. Czułe słówka (Terms of Endearment, 1983)
Są tu momenty wzięte żywcem z najgorszych oper mydlanych, chwilami staje się prymitywnym szantażem emocjonalnym, a muzyka Michaela Gore'a grzeszy brakiem najmniejszej subtelności. Ale jak tu nie docenić kapitalnych aktorów? Absolutnie wyśmienita Shirley MacLaine tworzy z Debrą Winger wzruszający i zaskakująco szczery obraz relacji matki i córki, a kręcący się po drugim planie Jack Nicholson kradnie każdą scenę, gdy tylko się pojawi.

67. Ostatni cesarz (The Last Emperor, 1987)
Imponujący od strony technicznej obraz życia ostatniego cesarza Chin, zachowujący pozbawioną polotu konstrukcję nudnej kroniki historycznej. Intryguje i ciekawi historia Chin, zachwycają zdjęcia wnętrz Zakazanego Miasta, ale brak akcentów nie pozwala filmowi Bertolucciego osiągnąć wielkości. Warto wspomnieć jak zwykle zapadającego w pamięć Petera O'Toole'a w roli drugoplanowej.

66. Zielona dolina (How green was my valley, 1941)
Jakim cudem “Zielona dolina” pokonała w walce o Oscara jeden z najważniejszych filmów w historii kina - “Obywatela Kane'a”? Po dziś dzień wszyscy wymieniają dzieło Johna Forda na liście najgorszych oscarowych tryumfatorów. Jednak, gdy na chwilę zapomnimy o skandalicznym zwycięstwie z dziełem Orsona Wellesa, to zobaczymy, że “Zielona dolina” to kawałek porządnego kina. Utrzymana w melancholijnym charakterze chłopięcego wspomnienia buduje pełnokrwisty obraz walijskiego miasteczka górniczego. Aktorzy są wyśmienici – czy to łączący ojcowską surowość z ciepłem kochającego rodzica Donald Crisp, czy też ujmująco wyróżniający się pośród górniczego tłumu Walter Pidgeon – a reżyserska robota Johna Forda bezbłędna.

65. Ghandi (1982)
Oscar w 1983 roku powinien trafić do rąk Stevena Spielberga za jego wspaniale świeży “E.T.”, ale Amerykańska Akademia po raz kolejny udowodniła, że jest zbyt staroświecka by docenić film sciene-fiction. Nagrodzony w aż ośmiu kategoriach “Ghandi”,chociaż przy kinowej nowości Spielberga przerażająco szkolny i pozbawiony polotu, to jednak wciąż film dobry. Kronikarskie przedstawienie życia Ghandiego nudzi, ale broni się sama historia, rzemieślnicza poprawność i oczywiście kapitalna rola Bena Kingsleya.

64. Zakochany Szekspir (Shakespeare in love, 1998)
Film Johna Maddena jest pamiętany głównie ze względu na skandaliczny tryumf nad “Szeregowcem Ryanem”, a szkoda, bo poza tym to naprawdę nie jest zły film. Fantazja o życiu młodego Williama Szekspira, ze wspaniale odtworzonymi realiami epoki i kilkoma niezłymi rolami angażuje widza od początku do końca, a Gwyneth Paltrow tworzy z Josephem Fiennes'em uroczą parę i dodaje kolorytu całej opowieści. Ale wciąż - “Zakochany Szekspir” był słabszy nie tylko od wielkiego “Szeregowca Ryana”, lecz również od nominowanych “Elizabeth” oraz “Cienkiej czerwonej linii”.

63. Operacja Argo (Argo, 2012)
Oscarowa gala z 2013 roku była jedną z najsłabszych, faworyci nie wybijali się ponad poprawność (“Lincoln” jako jedyny miał przebłyski wielkości). Wyróżniony wówczas statuetką za najlepszy film “Operacja Argo” to solidny, przyjemny film, starający się w lekki sposób opowiedzieć ciekawą prawdziwą historię, ale nie wyróżniający się niczym szczególnym. Affleck po raz kolejny udowadnia reżyserski talent (chociaż w finale gubi się w budowaniu napięcia), a drugoplanowi Alan Arkin, John Goodman i Bryan Cranston swoimi onelinerami zapadają w pamięć.

62. Zniewolony. 12 years a slave (12 years a slave, 2013)
Pamiętam, że po wyjściu z kina wspólnie z koleżanką uznaliśmy oscarowy film Steve'a McQueena za sztampowy. Po “Wstydzie”, spodziewałem się czegoś większego, czegoś szczególnego, a otrzymałem produkt tylko w pewnej części satysfakcjonujący. Nudnawa, przydługa opowieść o losach czarnoskórego skrzypka, który trafia do niewoli na 12 lat, nie oferuje niczego nowego. Mamy tu modną w ostatnich latach dosłowność, brutalność i naturalizm, a całe show kradnie kapitalny Michael Fassbender w drugoplanowej roli białasa sadysty, który akurat jak na ironię niesłusznie przegrał w walce o statuetkę z przecenianą kreacją Jareda Leto z “Witaj w klubie”.
W tematyce niewolnictwa, człowieczeństwa z nim związanego poruszał się Steven Spielberg we wcześniejszym o piętnaście lat “Amistad”, który niestety wówczas został przez Akademię niemal całkowicie pominięty. A szkoda, bo na zwycięstwo nad “Titaniciem” zasługiwał, chociaż nie aż tak jak świeży, niegrzeczny “Wilk z Wall Street” nad “Zniewolonym”.

61. Angielski pacjent (The English Patient, 1996)
Miłość Akademii do wielkich melodramatów jest znana nie od dziś. “Angielski pacjent” idealnie wpisuje się w konwencję, z precyzją szkolnego prymusa odhacza kolejne wymagane przez gatunek punkty i przy pomocy solidnej reżyserii oraz porządnych aktorów (Ralph Fiennes, Juliette Binoche, Kristin Scott Thomas!) tworzy gatunkowe kino pełną gębą mocno osadzone w historycznych realiach. Na deser piękne zdjęcia Johna Seale'a – portretujące pustynię najciekawiej od czasów “Lawrence'a z Arabii”. Konkurujący z filmem Anthony'ego Minghelli “Fargo” braci Coen był chyba za mało klasyczny, zbyt świeży, by Akademia mogła go docenić.

60. Na zachodzie bez zmian (All Quiet on the Western Front, 1930)
Popularnie nazywana pierwszym arcydziełem nagrodzonym Oscarem za najlepszy film, adaptacja powieści niemieckiego pisarza Ericha Marii Remarque'a to mocny, antywojenny głos mówiący obrazami I Wojny Światowej. Zachwyca wyczucie Lewisa Milestone'a do kompozycji kadrów i prowadzenia scen zbiorowych, ale niestety technicznie ma momenty mocno przestarzałe, budzące u współczesnego widza niezamierzony śmiech.

59. Wożąc Panią Daisy (Driving Miss Daisy, 1989)
Ciepłe i sympatyczne, przy tym bardzo proste oraz dzięki znakomitym rolom Jessici Tandy i Morgana Freemana zaskakująco szczere, niewymuszone świadectwo przyjaźni zamożnej Żydówki i jej czarnoskórego szofera. Akademia uwielbia gdy o rzeczach wielkich mówi się za pomocą kameralnych obrazów.

58. Ojciec chrzestny II (Godfather: Part II, 1974)
Przez wielu uważana za czołowe filmowe arcydzieło, w moich oczach druga odsłona “Ojca chrzestnego” nie oferuje niczego nowego względem znakomitej części pierwszej, chociaż to wciąż dobre kino ze świetnym aktorstwem.

57. Pluton (Platoon, 1986)
Przedstawienie dylematów żołnierzy walczących w Wietnamie w postaci wyboru między jednym a drugim autorytetem to ciekawe w swojej prostocie rozwiązanie Olivera Stone'a. Obraz wojny jest przejmujący, a kilka pojedynczych scen w dalszym ciągu robi wrażenie. Powstał jednak szereg lepszych filmów o Wietnamie – z “Czasem Apokalipsy” na czele – a i Oliver Stone miał kilka lepszych filmów (“JFK”!).

56. Artysta (The Artist, 2011)
Bardzo lekki, pomysłowy hołd złożony kinu niememu. Są w filmie Hazanaviciusa momenty wielkości, ale hołd wydaje się chłodny w porównaniu z pełnym pasji “listem miłosnym” do kina George'a Melliesa (“Hugo i jego wynalazek” Martina Scorsese!) i tętniącym życiem “Moneyball”, z którymi niesłusznie wygrał wyścig o statuetkę.

55. W upalną noc (In the heat of the night, 1967)
Intrygujący i zaskakujący kryminał zbudowany na prostym schemacie wrzucenia zupełnie niepasującego elementu do zgorzkniałego systemu. W “W upalną noc” ów elementem jest grany przez świetnego Sidneya Poitier detektyw z Filadelfii Virgil Tibbs. Czarnoskóry stróż prawa przypadkiem zostaje oskarżony o morderstwo w małym miasteczku w stanie Mississipi, by po szybkiej weryfikacji z podejrzanego zamienić się w ścigającego. Partneruje mu zatwardziały południowiec – szeryf Gillespie (pełnokrwista rola Roda Steigera), a aurę tworzy duchota, upał, kórz i lejący się strumieniami pot. Szkoda tylko, że momentami antyrasistowski wydźwięk, bazujący na tle ukazującym ówczesne realia Mississipi chwilami aż nadto dominuje nad opowiadaną historią. O ile uważam, że “Absolwent” jest filmem lepszym, to nie żałuję aż tak bardzo tryumfu dzieła Normana Jewisona.

54. Lot nad kukułczym gniazdem (One Flew over the Cuckoo's Nest, 1975)
Pewnie wielu czytelników uzna, że sklasyfikowałem “Lot nad kukułczym gniazdem” zastraszająco nisko, ale – choć uważam film Formana za naprawdę dobry, ze świetną rolą Jacka Nicholsona i udanie wprowadzonym przez reżysera ulubionym motywem wolności jednostki – daleki jestem od nazywania go arcydziełem. Co więcej uważam, że w 1976 roku wręcz nie zasłużył na najwyższe wyróżnienie – powinien ulec kultowym “Szczękom” Stevena Spielberga.

53. Annie Hall (1977)
Chociaż nie należę do miłośników Woody'ego Allena to jego opus magnum muszę docenić. Masa świeżych pomysłów, inteligentne wykorzystanie różnorodnych środków wyrazu połączone z dowcipnymi dialogami zapewnia “Annie Hall” miejsce w sercach widzów z całego świata. Szanuję ten tytuł, ale jednak trawię go z pewnym trudem. Nie znoszę kreowania samego siebie w filmach Allena, nie lubię stworzonej przez niego (a następnie powielanej miliony razy) postaci “neurotycznego amerykańskiego inteligenta żydowskiego pochodzenia”.

52. Rain Man (1988)
Przy zachwycie niedawnymi francuskimi “Nietykalnymi” zapomniano, że kiedyś powstał podobny, chociaż zauważalnie lepszy film. Rozwój relacji dwóch połączonych ze sobą po latach braci jest nie tylko świetnie poprowadzony przez scenariusz, ale przede wszystkim przez świetne kreacje aktorskie – obok szczenięcego Toma Cruise'a mamy przecież ikoniczną rolę Dustina Hoffmana.

51. Ich noce (It Happened One Night, 1934)
Prawdziwy kamień węgielny komedii romantycznych. Rewelacyjny duet Clarka Gable i Claudette Colbert idealnie łączy romans z komedią, przy jednoczesnym zachowaniu dobrego smaku. Frank Capra słynął z kina poprawiającego humor, a “Ich noce” to jego najlepsza wizytówka.

50. Przeminęło z wiatrem (Gone with the Wind, 1939)
Produkcja wielkiego kalibru, wprowadzająca modę na wielkie, kasowe, epickie widowiska w Hollywood, przez wielu uważana za melodramat wszech czasów. Prawie czterogodzinny seans rzeczywiście należy do nieprzeciętnych, nie dłuży się, a historia miłosna nawet po latach wyróżnia się na tle wszystkich innych, głównie ze względu na niezwykłe, skomplikowane postaci Scarlett O'Hary oraz Rhetta Buttlera. Kapitalne są zdjęcia – o dużej intensywności kolorów, a w pierwszym akcie zachwycające kompozycją rodem z teatru cieni. Niestety mimo wszelkich zalet “Przeminęło z wiatrem” nosi na sobie blizny mijającego czasu. Irytują liczne archaizmy, wykorzystywane szczególnie w formułowaniu myśli głównej bohaterki, mówiącej niby samej do siebie, co często wywołuje niezamierzone uczucie śmieszności.

49. Idąc moją drogą (Going My Way, 1944)
Zupełnie niewymuszony, ciepły i zabawny feel-good-movie, bazujący na konfrontacji nowego ze starym, przy obustronnym szacunku, ze świetnym scenariuszem i uroczymi rolami Binga Crosby'ego i Barry'ego Fitzgeralda. Pewną ciekawostką dotyczącą tego tytułu jest fakt, że Barry Fitzgerald dostał za swoją rolę nominację w kategorii zarówno drugoplanowej, jak i pierwszoplanowej.

48. Oto jest głowa zdrajcy (A Man for All Seasons, 1966)
Nietypowy. Historia sporu pomiędzy Henrykiem VIII i sir Thomasem More'em nie wpisuje się w popularne schematy filmowe, ale zdecydowanie zasługuje na uwagę. Wyreżyserowany przez Franka Zinnemanna konflikt na tle prawno-religijno-lojalnościowym to prawdziwy popis aktorskich umiejętności (kapitalny Paul Scofield, przebojowy Robert Shaw) i pytanie o wiarygodność każdego z nas.

47. Slumdog. Milioner z ulicy (Slumdog Millionaire, 2008)
Zrealizowany po mistrzowsku mariaż Hollywood z Bollywood, przy oczywistym zachowaniu fundamentalnych zasad kina zachodniego. Bajka osadzona w realiach rozwijających się Indii to jeden z najbardziej dopracowanych i imponujących formalnie tytułów na liście. Wyróżniający się (aż do napisów końcowych) wielkim wyczuciem ilustracyjnym Danny Boyle i szalenie utalentowany Anthony Dod Mantle zdecydowanie „robią” ten film. Nie zmienia to jednak faktu, że w 2009 roku byli lepsi kandydaci („Frost/Nixon”!).

46. Stąd do wieczności (From Here to Eternity, 1953)
Gatunkowe kino połączone z ostatnimi chwilami przedwojennej sielanki. Żołnierze z bazy na Hawajach jeszcze nie uczestniczą w wojnie, wdając się w konflikty między sobą. Każdy z nich ma swoje potrzeby, problemy, własne demony. Trzy wiodące postaci, kilka poruszających scen (Lee Prewit grający na trąbce przed całą bazą!) i znakomite aktorstwo (Burt Lancaster, Frank Sinatra i Montgomery Clift).

45. Oliver! (1968)
W 1969 roku „Oliver!” nie miał prawa wygrać z „2001: Odyseja kosmiczna” (ekhm... nawet nie nominowaną w najważniejszej kategorii), ale to nie umniejsza jakości musicalu Carola Reeda. Dopracowany w każdym najmniejszym szczególe, muzycznie i choreograficznie zachwycający, ze wspaniałą scenografią i z absolutnie fantastycznym Ronem Moodym zasługuje na miejsce w ścisłej czołówce najlepszych przedstawicieli gatunku.

44. Rocky (1976)
Ikoniczny, kultowy, klasyka kina sportowego. „Rocky” z twarzą ubitego przez życie Sylvestra Stallone'a wciąż robi wrażenie od początku aż do samego końca, chociaż w 1977 wśród kandydatów był znacznie lepszy dramat Alana J. Pakuly - „Wszyscy ludzie prezydenta”.

43. Miasto gniewu (Crash, 2005)
Zdecydowanie niedoceniany ze względu na konkurentów, których pokonał w walce o najważniejszą statuetkę. Zgadzam się, że w 2006 roku najlepszym tytułem było „Monachium” Stevena Spielberga, a pozostali nominowani również mieli prawo powalczyć z filmem Paula Haggisa, ale daleki jestem od przekreślania „Miasta gniewu”. Poważny, może momentami aż zbyt moralizatorski i pozbawiony jakiegokolwiek luzu, ale jednak przejmujący i mocny. Wielowątkowy esej o problemach rasizmu we współczesnych Stanach Zjednoczonych pokazuje problem z wielu różnych stron, forsuje ideę „wrodzonego, podświadomego rasizmu”. Trochę podobny pod względem tematyki do „Dżentelmeńskiej umowy”, ale o wiele bardziej aktualny.

42. Żądło (Sting, 1973)
Złodzieje z klasą, których motywuje nie tylko pragnienie zysku, ale przede wszystkim dżentelmeńska zemsta za śmierć przyjaciela. Robert Redford i Paul Newman są świetni w tym duecie, a Robert Shaw pasuje perfekcyjnie na szwarccharakter. Oprócz samych walorów filmowych - „Żądło” stworzyło nowe standardy gatunku heist movie.

41. Titanic (1997)
Produkcyjny gigant Jamesa Camerona, melodramat z wielkim budżetem i późniejszym rekordem w box office. Można wiele zarzucać reżyserowi: przede wszystkim siermiężność i brak subtelności, schematyczny wątek miłosny i tanie chwyty mające chwycić widza za serce, ale „Titanic” to bezbłędne kino od strony technicznej, wzór w swoim gatunku, a przede wszystkim trzy godziny kapitalnego widowiska.

40. Garsoniera (The Apartment, 1960)
Kolejny owoc współpracy Billy'ego Wildera i Jacka Lemmona obok znanego wszystkim „Pół żartem, pół serio”. Osobiście wolę „Garsonierę” - humor w tym filmie trafia do mnie idealnie, a przepiękna Shirley MacLaine tworzy z Lemmonem jedną z najfajniejszych par w historii komedii romantycznych.

39. Rydwany ognia (Chariots of Fire, 1981)
Kino sportowe pełną gębą, przyprawione nieśmiertelną muzyką Vangelisa i pamiętnymi rolami. Budowanie napięcia w przypadku biegów sprinterskich nie należy do rzeczy najłatwiejszych, ale Hugh Hudson radzi sobie z nimi perfekcyjnie. Duża w tym zasługa slow motion, namiętnie używanego w „Rydwanach ognia”. Szkoda, że akademikom zabrakło odwagi by nagrodzić rewelacyjnych „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, ale trzeba przyznać, że ich wybór potrafi się obronić.

38. Ben Hur (Ben-Hur, 1959)
Stworzony z rozmachem na niespotykaną skalę, wielki, z epickim oddechem film Williama Wylera po dziś dzień robi oszołamiające wrażenie. Imponuje pomysłowością i założeniami strony technicznej – otoczka scen z udziałem Chrystusa, wprowadzanie widza do doliny trędowatych, wybitna kompozycja scen zbiorowych z udziałem scenografii, a wreszcie ta jedna, jedyna, niepowtarzalna scena wyścigu rydwanów, która po dziś dzień imponuje pod każdym względem i stanowi małe arcydzieło.

37. Jak zostać królem (The King's Speech, 2010)
To naprawdę bardzo dobry film. Pozytywny, skupiający się na jednostce w obliczu globalnego kryzysu, dodatkowo kapitalnie zagrany. Jednak trudno patrzeć na wybór Amerykańskiej Akademii bez uśmiechu politowania na twarzy. W 2011 roku o Oscara walczył szereg naprawdę znakomitych tytułów – najlepsze filmy w dorobku Finchera, Nolana i Arronofsky'iego oraz poruszający kameralny dramat Danny'ego Boyle'a - „127 godzin” i każdy z nich zasługiwał na wyróżnienie (w niektórych przypadkach wręcz zdecydowanie) bardziej niż pozbawiony jakiejkolwiek filmowej świeżości, totalnie klasyczny obraz Toma Hoopera.

36. The Hurt Locker. W pułapce wojny (The Hurt Locker, 2008)
Świetny, ociekający testosteronem i adrenaliną film Kathryn Bigelow z szaloną kreacją sapera w wykonaniu nieznanego wówczas Jeremy'iego Rennera. Bigelow pokazuje wojnę od detalu, stawia wyraźną tezę i konsekwentnie ją udowadnia, serwując po drodze kilka absolutnie fenomenalnych sekwencji pracy sapera. Ponadto wybór „Hurt Lockera” należy do niewielu przypadków odważnych decyzji Akademii. Film Bigelow znokautował faworyzowanego „Avatara”, co dało wyraźny znak, że Hollywood nie popiera techniki 3D (później i tak rzeczywistość zweryfikowała „miłość” widzów do tej „nowinki”). Niskobudżetowy film wojenny pobił pseudoodkrywczą wydmuszkę w szacie efektów komputerowych, której budżet opiewał wg nieoficjalnych danych nawet na pół miliarda dolarów. Warto jednak w tym miejscu podkreślić, że „Hurt Locker” i tak nie był najlepszym kandydatem w 2010 roku – ten tytuł należał się „Bękartom wojny” Quentina Tarantino.

35. Ludzie w hotelu (Grand Hotel, 1932)
Wielowątkowy obraz ludzi powiązany jednością miejsca i czasu – Grand Hotelu w Berlinie. Różne postaci, różne problemy i różne konflikty. Dodatkowo plejada gwiazd Hollywood lat 30' (m. in. Greta Garbo, Lionel i John Barrymore) i niezapomniany wątek barona-złodzieja. Pomimo upływu lat zupełnie się nie zestarzał i obecnie ogląda się go wciąż znakomicie.

34. Birdman (2014)
Tegoroczny tryumfator nie był moim faworytem („Whiplash”!), ale to najlepszy z dotychczasowych filmów Alejandro Gonzalesa Inarritu, ważnego twórcy światowego kina XXI wieku. Ma charakterystyczną dla niego filozoficzno-metafizyczną podszewkę, ale ostatecznie spuszcza powietrze z balonika i pozwala sobie na momenty ironii. Zapierające dech w piersiach długie (bardzo długie) ujęcia i Michael Keaton w roli życia, ale także szalejący na drugim planie Edward Norton i Emma Stone nie pozwalają o sobie zapomnieć na długo po seansie.

33. Na nabrzeżach (On the Waterfront, 1954)
Dzieło Elii Kazana kreuje bardzo namacalny świat doków kierowanych przez wprowadzający mafijne struktury Związek Dokerów. Konfrontacja życiowego nieudacznika, niegdyś prawie boksera z szefem doków to prawdziwa wojna charakterów i – przede wszystkim – walka z samym sobą. W roli głównej niezawodny Marlon Brando.

32. Milczenie owiec (Silence of the Lambs, 1991)
Mistrzostwo gatunku, ikoniczna rola Anthony'ego Hopkinsa, wyśmienicie utworzona aura osaczenia i strachu i pięć Oscarów w najważniejszych kategoriach. Sam wyżej cenię konkurującego z obrazem Jonathana Demme'a „JFK” Olivera Stone'a, ale to „Milczenie owiec” obecnie ma status filmu kultowego, więc wybaczam pewną rozbieżność z gustami Akademii.

31. Amerykanin w Paryżu (An American in Paris, 1951)
Absolutny top gatunku. Musical perfekcyjnie zrealizowany, z bajeczną scenografią nawiązującą do francuskich gigantów malarstwa, z niezapomnianą sekwencją orkiestry ze snu i nieprzecenioną sceną finałową.

30. Casablanca (1942)
Melodramat wszech czasów. Humphrey Bogart i Ingrid Bergman tworzą jedną z najwspanialszych opowieści miłosnych w historii X muzy. Niepowtarzalny klimat, wyczuwana namiastka tajemnicy i wszechobecnej niepewności, a do tego sympatyczny Sam przy pianinie. „Zawsze będziemy mieli Paryż” - a my „Casablancę”.

29. American Beauty (1999)
Sam Mendes po raz pierwszy podgląda życie amerykańskich przedmieść i w niezapomniany sposób portretuje kryzys wieku średniego, od tamtej pory nierozłącznie kojarzony z Kevinem Spacey i czerwonymi różami. Ale mimo iż szczerze lubię ten film, wciąż uważam, że „Informator” Michaela Manna jest po prostu lepszy.

28. Hamlet (1948)
Laurence Olivier obecnie kojarzony jest niemal wyłącznie z Williamem Szekspirem. I słusznie. Gwiazdor światowego kina XX wieku wydawał się rozumieć angielskiego mistrza lepiej niż ktokolwiek inny, a jego przepełniony mrokiem, przemyślany pod względem wyboru wątków do adaptacji „Hamlet” wydaje się – w zgodzie z materiałem źródłowym – zarysowywać swoje własne miejsce w życiu tego wielkiego dramatu. Język Szekspira tętni życiem, a aktorzy, bezbłędny Olivier w roli tytułowej, Eileen Herlie w roli Gertrudy, mają swoje chwile chwały.

27. Bunt na Bounty (Mutiny on the Bounty, 1935)
Jedna z wielu filmowych relacji słynnego buntu na statku Bounty, na pewno jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza. Konfrontacja dwóch mocnych postaci – Fletchera Christiana i kapitana Williama Bligha „robi” ten film. Ich działania nie są poddane jednoznacznemu podziałowi na czarne i białe, dzięki czemu widz sam może oceniać wydarzenia ekranowe. Imponujące warsztatowo sceny na morzu i odpowiednio budowane narastanie konfliktu zasługują na największe uznanie, a role Clarka Gable'a i Charlesa Laughtona są nieśmiertelne.

26. Dźwięki muzyki (The Sound of Music, 1965)
Kolejny dowód na uwielbienie musicali przez Akademię to nie tylko mnóstwo niezapomnianych piosenek i rozśpiewani Julie Andrews oraz Christopher Plummer, lecz także piękne krajobrazy Alp i wyraźne tło historyczne Austrii w obliczu rychłej aneksji do III Rzeszy.

25. Stracony weekend (The Lost Weekend, 1945)
Kameralny dramat niespełnionego pisarza alkoholika. Pachnie Pilchem i „Żółtym szalikiem” z Gajosem? Bily Wilder operuje większą dosadnością, nie sięga po delikatne metafory, wali wszystko kawa na ławę. Prowadzi bohatera w kolejne etapy zniewolenia, pozwalając rozwinąć skrzydła Rayowi Millandowi w roli życia.

24. Infiltracja (The Departed, 2007)
Należę do grona osób, które wcale nie uważają „Infiltracji” za jeden z najgorszych filmów Martina Scorsese. Zgoda, ma koszmarnie nachalną dosłowność w ostatnim kadrze, ale wszystko poprzedzające stanowi kino sensacyjne najwyższej próby. Znakomici są wszyscy aktorzy (Leonardo DiCaprio, Matt Damon, Jack Nicholson, Martin Sheen, a nawet Mark Wahlberg!), a przepełniona nieoczekiwanymi zwrotami akcji intryga trzyma za gardło przez bite dwie i pół godziny.

23. Lawrence z Arabii (Lawrence of Arabia, 1962)
Obraz pasjonującej historii T. E. Lawrence'a, brytyjskiego żołnierza prowadzącego Arabów do walki z Turcją w czasach I Wojny Światowej to trwające prawie cztery godziny pełne rozmachu kino, z przepiękną muzyką, wielką rolą Petera O'Toole'a, zapadającymi w pamięć Aleciem Guinessem, Omarem Shariffem i Anthonym Quinnem na drugim planie i niezapomnianymi zdjęciami pustynnych krain Bliskiego Wschodu.

22. Za wszelką cenę (Million Dollar Baby, 2004)
Clint Eastwood się nie starzeje (chociaż miał pewną zniżkę formy po „Gran Torino”), a „Za wszelką cenę” to najlepszy przykład na długowieczność reżysera i aktora. Jego ostatni oscarowy tytuł do połowy przykrywa się płaszczem klasycznego kina sportowego, by w pewnym momencie zdecydowanie zmienić charakter. Eastwood nie tylko panuje nad opowiadaną historią, ale sam odgrywa w niej kluczową rolę obok genialnych w swojej prostocie kreacji Hilary Swank i Morgana Freemana.

21. Nocny kowboj (Midnight cowboy, 1969)
Odważny, kroczący po najmniej przyjemnych zakątkach metropolii. Przyjazd faceta z prowincji do wielkiego miasta i próba zrobienia kariery jako żigolak idealnie obrazuje naiwność głównego bohatera. Reżyser bardzo wymownie zderza ludzi z rzeczywistością współczesnego świata. Wybitny Dustin Hoffman kradnie całe show, chociaż Jon Voight też jest znakomity.

20. Francuski łącznik (The French Connection, 1971)
Chociaż obecny w światowym kanonie to jednak gdzieś schowany za „Brudnym Harrym”. Niesłusznie. „Francuski łącznik” Williama Friedkina to kino policyjne w najlepszym wydaniu. Postać policjanta awanturnika Popeye'a to rola życia Gene'a Hackmana, którą stawiam ponad kreację Harry'ego Callahana. Ponadto to właśnie dzięki obrazowi Friedkina mamy jedną z najlepszych scen pościgów – szaleńczą pogoń Popeye'a za pociągiem metra...

19. Bez przebaczenia (Unforgiven, 1992)
Szczytowy moment formy reżyserskiej Clinta Eastwooda, który udowadnia, że western nie ma przed nim tajemnic. „Bez przebaczenia” łączy w sobie surowy, starotestamentowy świat, bohaterów z krwi i kości i przystępne poczucie humoru. Świetni są aktorzy: jak zwykle małomówny Eastwood, budzący sympatię konformistyczny Gene Hackman i roztargniony Morgan Freeman.

18. Łowca jeleni (Deer Hunter, 1978)
Michael Cimino pomysłowo urealnia opowiadaną historię poprzez kreowanie długich scen (najlepszym przykładem słynna scena wesela), dzięki czemu widz rzeczywiście angażuje się w opowiadaną historię. „Łowca jeleni” to smutny obraz losów weteranów wojny w Wietnamie, zagrany subtelnie przez Roberta DeNiro i Christophera Walkena.

17. Najlepsze lata naszego życia (The Best Years of Our Lives, 1946)
Pozostajemy przy tematyce weteranów. Film Williama Wylera zdaje się wyczerpywać temat powrotu amerykańskich chłopców do domów po latach wojny z nazistami i Japończykami. Wątki trzech różnych żołnierzy, których losy się przeplatają po powrocie są idealnie zaplanowane i dotykają licznych problemów – niepełnosprawności, alkoholizmu, wyobcowania, niemożności odnalezienia się w starym świecie, rozczarowaniu tym, co zobaczyli po powrocie. Prawie trzygodzinny seans nie nuży, a na dodatek pełno tu naprawdę soczystych ról – Frederic March, Dana Andrews, Harold Russell, Myrna Loy, Teresa Wright i Cathy O'Donnell są bezbłędni.

16. Patton (1970)
Tytułowa kreacja aktorska George'a C. Scotta to absolutna czołówka ról w historii X muzy. „Patton” wyróżnia się także nietuzinkowym scenariuszem (Francis Ford Coppola!), dzięki któremu osiąga więcej w filmowej materii niż „Ghandi”, czy „Ostatni cesarz”, które zapisując niemalże pełen żywot postaci, zapominają o rozłożeniu akcentów i zwróceniu uwagi na to, co istotne.

15. Władca Pierścieni: Powrót króla (The Lord of the Rings: The Return of the King, 2003)
Chociaż „Drużyna Pierścienia” jest najlepszą odsłoną trylogii Petera Jacksona to „Powrót króla” ma w sobie większość jej największych atutów. Wykreowanie świata Tolkiena z całą jego złożonością i różnorodnością jest imponujące (duża w tym zasługa muzycznej oprawy Howarda Shore'a!), a skala przedsięwzięcia ryzykowna. Finał trylogii jest widowiskowym spektaklem, z kilkoma równoważnymi wątkami, które po „Drużynie Pierścienia” i „Dwóch wieżach” osiągają swoja kulminację. Jackson udowadnia, że jest mistrzem ilustracyjnym, łącząc cyfrowe efekty specjalne w bitwie na polach Pelennoru ze scenografią rodem z horroru w jaskini Szeloby.

14. Rebeka (Rebecca, 1940)
Jeden z najlepszych filmów Alfreda Hitchcocka. Niejednoznaczny, niepokojący, momentami stąpający stylistycznie na granicy thrillera i horroru, z zaskakującą fabułą. Główne miejsce akcji: wielka posiadłość Manderley staje się obok aktorów głównym bohaterem opowieści – emanuje złożonością, mrokiem i tajemnicą. Aktorzy – Judith Anderson, Joan Fontaine, George Sanders i Laurence Olivier – są idealni.

13. Tańczący z wilkami (Dances with Wolves, 1990)
Reżyserski debiut Kevina Costnera, w którym sam zagrał rolę główną, to film szczery i poruszający. Konflikt pomiędzy Indianami a przybyłymi osadnikami nie jest pokazany jednostronnie, reżyser wskazuje na dialog i poznanie jako brakujący czynnik. Kapitalny obraz bezkresu Ameryki, ciągnących się pastwisk, uchwycony na przepięknych zdjęciach Deana Semlera, przyprawiony o epicki oddech dzięki muzyce Johna Barry'ego.

12. Piękny umysł (A beautiful mind, 2001)
W 2002 roku Oscar za najlepszy film powinien powędrować w ręce Peterera Jacksona za pierwszą odsłonę „Władcy Pierścieni”, ale trzeba przyznać, że „Piękny umysł” Rona Howarda był godnym konkurentem. Opowieść autora „Apollo 13” o walce genialnego matematyka ze schizofrenią ma solidne fundamenty: wybitną rolę Russella Crowe i kreację Jennifer Connelly.

11. Chicago (2002)
Moim zdaniem najlepszy musical wszech czasów. Dopracowany do perfekcji, utrzymany w konwencji klubowego koncertu, mariaż teatru i kina z niezapomnianymi piosenkami oraz szeregiem gwiazd w świetnej formie (Richard Gere jako cyniczny prawnik, Renee Zellweger jako urocza i głupiutka dziewczyna marząca o sławie, fantastycznie zmanierowana Catherine Zeta-Jones w roli gwiazdy i przesympatyczny John C. Reilly na dokładkę).

10. Sprawa Kramerów (Kramer vs Kramer, 1979)
Mógł wyjść z tego film infantylny, wyciskacz łez w złym stylu. Na szczęście scenariusz unika prostych rozwiązań, a obsada spisuje się na medal (po raz kolejny należy wyróżnić fantastycznego Dustina Hoffmana, cesarzową aktorstwa Meryl Streep, ale także bezbłędnego Justina Henry'ego w dziecięcej roli i Jane Alexander pojawiającą się na drugim planie). Co ciekawe: „Sprawa Kramerów” nie powinna w moim mniemaniu dostać statuetki w najważniejszej kategorii, walczyła przecież z wybitnym „Czasem Apokalipsy” Coppoli!

9. Forrest Gump (1994)
Dzieje Ameryki drugiej połowy XX wieku pokazane oczami niedorozwiniętego umysłowo bohatera. Tytułowy bohater spełnia idealny amerykański sen, reprezentując wszystkie wartości promowane przez Stany Zjednoczone – pracowitość, poświęcenie, szczerość, zwykłą ludzką dobroć i lojalność. Zemeckis udowadnia warsztatową sprawność, a bohatera zagranego brawurowo przez Toma Hanksa nie sposób nie lubić. Na koniec wtrącę jednak, że w 1995 roku mimo wszystko lepszym kandydatem do najważniejszego wyróżnienia był „Skazani na Shawshank” Darabonta.

8. Ojciec chrzestny (the Godfather, 1972)
Najważniejszy i najlepszy film gangsterski w dziejach. Francis Ford Coppola po mistrzowsku rozwija fresk sagi rodziny włoskich emigrantów. Niezapomniana, mistrzowska rola Marlona Brando i ciemne, ponure zdjęcia sprawiają, że seans „Ojca chrzestnego” to wydarzenie niezwykłe.

7. Most na rzece Kwai (The Bridge on the River Kwai, 1957)
Klasyka kina wojennego, mimo że dla gatunku zupełnie nietypowa. Film Davida Leana skupia się na japońskim obozie jenieckim, w którym przetrzymywani są żołnierze brytyjscy z dumnym pułkownikiem Nicholsonem na czele (Alec Guinness w najlepszej roli swojego życia), który walczy z prowadzącym obóz japońskim pułkownikiem Saito swoją postawą, dzięki czemu przewodzi grupie jeńców. Kluczową dla fabuły okazuje się budowa tytułowego mostu, mającego utworzyć istotny punkt komunikacyjny dla Japończyków. Pułkownik Nicholson zauważa w tym projekcie szansę na udowodnienie wielkości brytyjskiej cywilizacji i zatracając się w wynaturzeniu własnych ideałów traci głowę.

6. Braveheart – waleczne serce (the Braveheart, 1995)
Najlepszy film Mela Gibsona, po macoszemu traktujący historyczne fakty o Williamie Wallace'ie, skupiający się na wolnościowym wydźwięku. Aktor zaskakuje wielkim reżyserskim wyczuciem, wysmakowanym warsztatem i pięknym obrazem Szkocji. Pewną skazą na niemal nieskazitelnym dziele jest bez wątpienia subtelnością niegrzeszący wątek francuskiej księżniczki granej przez Sophie Marceau.

5. Lista Schindlera (Schindler's List, 1993)
Osobiście uważam, że to dopiero czwarty po „Szeregowcu Ryanie”, „Złap mnie, jeśli potrafisz” i „Monachium” najlepszy film Stevena Spielberga, ale jest on bez wątpienia rewelacyjny i ikoniczny. Zachowany w czerni i bieli, grający dwiema postaciami – Oskarem Schindlerem i Amonem Goethem – które mają podobny punkt wyjścia, ale zupełnie inaczej zachowują się w chwili testu ich człowieczeństwa, co podkreśla fizyczne podobieństwo aktorów. Dużo tu dobrego smaku, wyczucia, pomysłów (motyw z czerwonym płaszczem!) i realizatorskiej perfekcji (muzyka Williamsa, zdjęcia Kamińskiego), chociaż pod koniec Spielberg nieco rozczarowuje, przeciągając finał, nie potrafiąc zdecydować się na jedno zakończenie.

4. To nie jest kraj dla starych ludzi (No Country for Old Men, 2008)
Ziemia wypalona, zepsuta, bez nadziei na lepsze jutro. W swoim najlepszym filmie bracia Coen tworzą demoniczny obraz świata, w którym walka dobra ze złem jest nierówna. Dobro symbolizowane przez odchodzącego niedługo na emeryturę szeryfa Eda Toma Bella jest wiecznie spóźnione, bezsilne. Natomiast zło w postaci Antona Chigurha to nieprzewidywalne, agresywne, dzikie zwierzę, które nawet szczątkowe zasady etyczne ma zupełnie kuriozalne (absurdalne spełnienie obietnicy danej Llewellynowi). Nie można nie wyróżnić szalonej roli Javiera Bardema i partnerujących mu Josha Brolina i Tommy'ego Lee Jonesa.
Niesamowicie przejmujący film, wyróżniający się także realizacją – rezygnacja z użycia muzyki i doświetlania zdjęć sprawia, że „To nie jest kraj dla starych ludzi" zyskuje niepowtarzalny quasirealistyczny charakter.

3. Gladiator (2000)
Kultowy film Ridleya Scotta to tryumf kina i ukoronowanie epickiego kina kostiumowego. Wskrzeszenie Rzymu, przedstawienie Imperium w pigułce (legiony, prowincja, Rzym, gladiatorzy, senat!) robi wrażenie. Wspaniała jest koncepcja niemal każdej poszczególnej sceny, czy to sekwencja mrocznej bitwy o świcie wprowadzającej koncertowo postać Maximusa, czy smakowicie przechodząca od szerokiego planu prowincjonalnej areny do ciasnej klatki scena pierwszej samotnej walki, czy też zapierająca dech w piersiach prezentacja Rzymu w scenie przybycia Kommodusa, a wreszcie i niezapomniana panorama Koloseum przy pierwszym pojawieniu się gladiatorów Proximo. Oprócz wysmakowanego zastosowania filmowych rozwiązań „Gladiatora” buduje konflikt dwóch perfekcyjnie zagranych i świetnie napisanych bohaterów – budzącego autorytet charyzmatycznego Maximusa (Russell Crowe!) i ambitnego, wiecznego chłopca Kommodusa (Joaquin Phoenix!).

2. Wszystko o Ewie (All about Eve, 1950)
Arcydzieło. Wielki film penetrujący branżę artystyczną, na długo przed tym jak stało się to modne. Bezlitosny obraz ambicji, która nie kalkuluje, dąży do celu po trupach, przez cały czas ukrywając się pod maską kogoś innego. Przejmująca postać Ewy – prawdziwego prymusa wyścigu szczurów – może służyć jako uniwersalny demon, tylko umownie ubrany w ciuchy aktorskiej gwiazdy. Joseph L. Mankiewicz nie bawi się w tanie moralizatorstwo, moralnej zbrodni nie spotyka kara, a wręcz znajduje ona swoich kolejnych naśladowców.
W tym pesymistycznym spektaklu aktorzy wznoszą się na wyżyny umiejętności – Bette Davis i Anne Baxter w najlepszych rolach kariery, George Sanders i Celeste Holm po raz kolejny wspaniali na drugim planie.

1. Amadeusz (Amadeus, 1984)
Najlepszy film w karierze Milosa Formana i jeden z najlepszych filmów w ogóle. Twórczość Mozarta widziana oczami Salieriego, kompozytora mniej utalentowanego, który zdaje się jako jedyny rozumieć geniusz wspaniałego Amadeusza. Czarujący muzyką mistrza, realizacyjnie bezbłędny, z niezapomnianym widokiem żywo ruszającego się kompozytora na stanowisku dyrygenta, z kapitalną sceną wspólnego tworzenia „Confutatis”, „Amadeusz” skomponowany jest z precyzją w rytm „Requiem” Amadeusza Mozarta. Prawdziwe ukoronowanie stanowią kreacje aktorskie Toma Hulce'a i F. Murraya Abrahama.



- Alek Kowalski

wtorek, 10 lutego 2015

Teoria wszystkiego


Cel – Oscary!
Przyznam szczerze, że przez moje zamiłowanie do nauk bardziej humanistycznych niż matematycznych nigdy specjalnie nie zajmowałem sobie głowy postacią wielkiego Stephena Hawkinga. Oczywiście nazwisko nie było mi obce, ale o jego większych osiągnięciach nie miałem pojęcia. To niewątpliwie moja wina, że jestem takim ignorantem, muszę to przyznać. Jednak co z tego, skoro niewiele mniejszą ignorancją wykazują się sami twórcy filmu o wielkim naukowcu.
Już od pierwszych chwil wiadomo, z jakim filmem mamy do czynienia. Ścigający się na rowerze z kolegą młody student prestiżowej brytyjskiej uczelni mknie przez piękne leśne krajobrazy i idylliczne miasteczko. „Patrzcie, jacy to super sympatyczni chłopcy!” zdaje się krzyczeć reżyser. Niestety, trudno to przełknąć, bo widziało się coś podobnego setki razy. Zwłaszcza w wyspiarskim kinie. Sama ta scena jest już bardzo znamienna i ważna, zapowiada ona, bowiem to, co będzie dziać się dalej. Czyli w sumie nic. Historia okrutnie sztampowa, z „pięknymi” ujęciami biegającej na plaży rodziny, które zdaniem reżysera nie wymagają żadnego komentarza.  Będą chwile zwątpienia, rozpaczy, ale też walki i dramatycznych decyzji. Zmieniono tylko głównych bohaterów.


Bohaterowie też byliby w stanie obronić ten film (jak zrobiła to Meryl Steep w „Żelaznej Damie”). Ciekawą decyzją było położenie większego nacisku na panią Hawking. Jej postać wydaje się być najbardziej interesująca. Bowiem to właśnie problemy żony wielkiego naukowca sprawiają, że film potrafi jeszcze na chwilę przyciągnąć uwagę widza. Niestety i tak jej próby legną w gruzach, bo zaraz musi przyjść partner by całe napięcia zniszczyć.
Nie mam zamiaru tu krytykować fizycznej przemiany Eddiego Redmaynera (choć chwilami popada on moim zdaniem w śmieszność, wystarczy pooglądać jakieś nagrania z prawdziwym Hawkingiem), bo ciągle robi ona jednak wrażenie. Jednak nie mogę pozbyć się uczucia, że jedynie na tym aktor buduje swoją postać. Do chwili, w której nie dopada naukowca jego choroba, nie ma on absolutnie nic, co przyciąga uwagę. Od taki chłopiec pozbawiony charakteru. Jeszcze gorzej wypadają wspólne sceny Jane Hawking (w tej roli nominowana również do Oscara Felicity Jones) z tak zwanym „przyjacielem rodziny”. To w ogóle chyba najgorsza postać w tym filmie. Ohydnie przesłodzona, grająca na najprostszych uczuciach. Charlie Cox gra człowieka bez skazy, tak świętego, że aż nieludzkiego i po prostu nudnego. A ciekawi bohaterowie to przecież podstawy obrazów biograficznych.


Te właśnie postacie są znakomitą wizytówką tego filmu. Napuszeni, zagrywający się na śmierć, a jednak zupełnie puści w środku. „Teoria wszystkiego” to taki film, który gdzieś, co roku musi się pokazać w okresie Oscarów. Bo to właśnie dla tych nagród został zrobiony. Oscary, Oscary, Oscary! Wszystko tu wręcz krzyczy, by dostać tego Złotego Rycerza. Niestety szanowna Akademia dała się złapać w tym roku, nawet dwukrotnie nominując jeszcze „Grę tajemnic”, na klasyczne biopoici robione jak na zamówienie.   
Chcę by było jasne, nie oczekiwałem po „Teorii wszystkiego” wyśmienitego kina, obrazu przełomowego (choć złośliwie przypomnę, że udało się to Ronowi Howardowi i jego „Pięknemu umysłowi”, który poruszał podobną tematykę). Liczyłem jednak na ciekawą historię, próbę sportretowania fenomenu osoby, która nazywana jest często „największym umysłem XX wieku”. Niestety dostałem infantylną karykaturę, która za kilka lat będzie królować w rankingach na „Najbardziej przeceniane filmy wszechczasów”. 

  

- Łukasz Kowalski

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Najlepsze filmy roku:




1. Tom
To zdecydowanie rok Xaviera Dolana, młody twórca z Kanady zamyka usta wszystkim tym, którzy nazywali go przejściową ciekawostką. „Tom” to pierwszy tak w pełni świadomy film Dolana. Thriller, który wciąga i nie pozwala oderwać oczu. Reżyser ma też wyczucie, co do aktorów, Pierre-Yves Cardinal buduje tu jedną z najciekawszych postaci, jakie przyszło mi oglądać w tym roku na ekranie. Znowu w głównej roli możemy też zobaczyć samego Xaviera, który też świetnie daje sobie radę jako aktor. (Łukasz)

Porównania do filmów Hitchcocka nie są przypadkowe. Dolan stworzył film trzymający w napięciu, jakże inny od stylistycznych fantazji, którymi nas do tej pory karmił. O ile nie uważam tego tytułu za najlepszy film roku to zdecydowanie polecam jako swoistą zachętę do obejrzenia Dolana. Poprzednie filmy oczywiście miały niemałą wartość, ale odrzucały narcyzmem reżysera i aktora. A Dolana poznać warto, bo może niedługo wyrosnąć na największą postać reżyserki na świecie. (Alek)

2. Mandarynki
Estoński kandydat do Oscara może stworzyć naszej „Idzie” konkretny problem. Wszystko dlatego, że to obraz niezwykle inteligentny a przy okazji bardzo prosty. Zaza Urushadze opowiada o wojnie w nowy sposób, uosabiając walczące grupy w dwóch prostych żołnierzach, którzy znaleźli się na „Ziemi neutralnej”. Przyglądając się bohaterom w tak ekstremalnych warunkach wyciąga ciekawe i bardzo optymistyczne wnioski.  (Łukasz)

Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę, ale w tym roku dwa filmy nominowane do Złotego Globa w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny - "Ida" i właśnie "Mandarynki" - podbijały Warszawski Festiwal Filmowy w 2013 roku. To tak w ramach ciekawostki. "Mandarynki" to bardzo prosty, ale w swej prostocie dosłowny i wystarczająco wymowny traktat na temat wojny. (Alek)


3. Zaginiona dziewczyna
David Fincher potwierdził, że jest absolutnym królem filmowych kryminałów. „Zaginiona dziewczyna” nie tylko wciąga swym wątkiem zaginięcia głównej bohaterki, ale też niezwykle ciekawa batalią między Nickiem a resztą Ameryki. Rosamund Pike kradnie absolutnie film, a w marcu prawdopodobnie powalczy o Oscara, ale jest to też życiowa rola Bena Afflecka. (Łukasz)

David Fincher znowu robi kapitalną robotę, udowadniając klasę po raz kolejny. „Zaginiona dziewczyna” to bodajże najbardziej igrający z widzem film roku w Hollywood, pełen zwrotów akcji, z pomysłową narracją. Ciekawe są również tematy, których dotyka reżyser „Siedem”. W swoim najnowszym filmie dotyka problemu mediów, buduje ciekawe studium rozpadu związku. A sam Fincher imponuje reżysersko – ale czy może być inaczej, jeśli takie tuzy aktorstwa jak Ben Affleck, Emily Ratajkowski i Tyler Perry grają naprawdę na bardzo dobrym poziomie? Na deser kapitalna Rosamund Pike. (Alek)

4. Wilk z Wall Street
Ten film to nie tylko 3 godziny ostrego melanżu, ale też wejście w okrutny świat Wall Street. Bo bez wątpienia, to właśnie ten świat zniszczył Jordana Belforta. Szkoda, że większość z widzów widzi w tym łatwą i przyjemną komedię, ja widzę tu prawdziwy dramat. Dodatkowo Leonardo DiCaprio w życiowej formie (bez Oscara, ale z nagrodą OBF ;) ) i kilka naprawdę znakomitych scen, które sprawiają, że „Wilk z Wall Street” stanie się filmem kultowym. (Łukasz)

W moich oczach film roku. Jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza rola Leonardo DiCaprio i również jeden z najlepszych filmów Martina Scorsese, który udowadnia, że reżyser może być świeży nawet po siedemdziesiątce. Jego „Wilk z Wall Street” to nie tylko niegrzeczny festiwal hedonizmu, czy kolejny upadek mitu american dream. To także obraz zdeprawowanej chciwością i pragnieniem zysku grupy społecznej, a może i ludzi w ogóle? (Alek)

5. Ona
Bez wątpienia najsmutniejszy film roku. Spike Jonze pisze przepiękną historię o samotności, dodając od siebie refleksję nad kierunkiem, w którym podąża nasz świat. W jego wizji świata człowiek sam zmusza się do samotności, wyobcowując się z otoczenia. Nic nie jest prawdziwe, nic nie jest proste, a otwieramy się jedynie przed głosem, który płynie z małego urządzenia. (Łukasz)

Najnowszy film Spike'a Jonze'a to zdecydowanie najciekawsza wizja przyszłości w kinie kończącego się roku. W „Ona” tworzy film o człowieku nowoczesnym, który w obliczu technologicznych nowinek nie potrafi odnaleźć drugiego człowieka. Theodore – grany przez Joaquina Phoenixa - to szaraczek przyszłości, kolejne stadium naszego rozwoju. Jego miłość, która – wydaje mu się – łączy go z programem operacyjnym, mówiącym głosem Scarlett Johansson to de facto egoistyczna potrzeba samozadowolenia. (Alek)

6. Grand Budapest Hotel
Zwariowany Świat Wesa Andersona kolejny raz mnie porwał, całkowicie. Przeuroczy obrazek, z zabawną historią, świetną scenografią, kostiumami i kreacjami aktorskimi. Reżyser czerpie garściami z tego, co oferuje mu kino, przerabiając je tak, że we wszystkim po prostu wyczuwa się podpis Andersona. Dzięki ironicznemu poczuciu humoru możemy też poczuć nostalgię ciągnącą się za filmem, opowieść o świecie, który przepadł na zawsze. (Łukasz)

Urocze. Filmy Wesa Andersona, z charakterystyczną pastelową paletą barw i z pięknymi, dopieszczonymi kadrami to wizualne łakocie dla wszystkich kinomanów. „Grand Budapest Hotel” to chyba najlepszy film reżysera. Świetna obsada, na czele z Ralphem Fiennes'em i całą plejadą gwiazd na drugim planie oraz wciągająca opowieść o hotelu. Pozycja obowiązkowa. (Alek)

7. Wolny Strzelec
Dan Gilroy w Hollywood od dawno słynie, jako świetny scenarzysta, jednak w roli reżysera debiutował w tym roku „Wolnym Strzelcem”. Porusza ciekawą dyskusję, stając w opozycji do dzisiejszych mediów i „korposekty”. Intrygująca historia i świetna rola Gyllenhaala sprawiają, że film to nie kolejny zwykły thriller, ale poruszająca refleksja nad światem mediów i ich wpływem na ludzi. Jake jest poruszający w swojej kreacji, przez wielu określana jako „najlepsza w karierze”. (Łukasz)

Debiut reżyserski scenarzysty Bourne'a. Dynamiczny, drapieżny, niepokojący. Jake Gyllenhaal w roli życia. Dan Gilroy serwuje nam wypełniony akcją traktat o etyce mediów, miażdży mit american dream i ośmiesza jakże popularną ostatnio korporacyjną mowę. Wszystko podane idealnie, a popisy aktorskie Gyllenhaala godne każdej nagrody. (Alek)

8. Oh, boy!
Kolejny wielki sukces minimalizmu i prostoty! Kto by pomyślał, że to niemiecki „Oh, Boy!” okaże się najlepszą komedią roku? Niewymuszony, subtelny, przepiękny. A do tego przenikliwy w swych rozważaniach nad istotą ludzkiego istnienia. Brutalnie przypomina, że człowiek to tylko mała cząsteczka wielkiego wszechświata. A przecież każdy z nas chce być tak ważny. Najmocniejszą stroną filmu jest jego bohater, świetnie napisany i zagrany. Reżyser nie zmusza nas do polubienia Nika (chociaż trudno oprzeć się jego neurotycznemu urokowi), nie usprawiedliwia postawy chłopca. Jedynie chce, by widz dał się porwać, oprowadzić po smutnym świecie i przepięknym Berlinie. (Łukasz)


9. Mama
Kolejny wielki sukces Xaviera Dolana, potwierdzający jedynie rozwijająca się dojrzałość reżyserską Kanadyjczyka. „Mama” nawiązuje do pierwszego obrazu Dolana „Zabiłem swoją matkę”, jednak tym razem nie mamy do czynienia roszczeniową postawą hipsterskiego młodzieniaszka. To pewnego rodzaju rozgrzeszenie rodzicielki (w której roli kolejny raz widzimy znakomitą Annę Dorval) z wszelkich win. To także niezwykle ciepła opowieść o miłości i nadziei, ubrano w popkulturowe klisze, które w przedziwny sposób stały się artystyczną mozaiką. Takie rzeczy potrafi robić dziś tylko Xavier Dolan. Celine Dion, Dido czy Lana Del Rey, których piosenki wykorzystuje twórca, powinny dziękować Dolanowi za tak piękne interpretacje ich starych przebojów. „On ne change pas” do dziś chodzi za mną, w zupełnie nowym kontekście. (Łukasz)

10. Furia
Co pewien czas powstaje film wojenny, który umiejętnie, bez zbędnego patosu pokazuje okrucieństwo wojny. Takim właśnie obrazem jest „Furia” Ayera. Skupia się na kilku członkach załogi czołgu, która dzielnie idzie przez upadające Niemcy niosąc śmierć i spustoszenie. Co ciekawe najciekawsze w filmie nie są wcale sceny batalistyczne (choć te są naprawdę dobrze zrobione – brawa za zdjęcia Romana Vasyanova) ale te z cywilami. Ayer pisze ciekawe dialogi, uciekając od banałów, w które bardzo łatwo można było wpaść. Największym dla mnie odkryciem „Furii” jest jednak młodziutki Logan Lerman, który kradnie show Pittowi i LaBeoufowi. (Łukasz)

Brad Pitt prowadzący załogę czołgu pod koniec II Wojny Światowej, reżyserowany przez Davida Ayera. Twórca „Królów ulicy” po raz kolejny skupia się na relacjach między „prawdziwymi facetami”, którzy tym razem na froncie rozwalają Niemców, że aż miło. Oprócz porządnej dawki aktorstwa – kapitalna realizacja scen batalistycznych, z hipnotyzującym obrazem pracy załogi czołgu. (Alek)

11. Boyhood
12. Wielkie piękno
13. Bogowie
14. Noe: Wybrany przez Boga
15. Na skraju jutra

Najgorsze filmy roku:


1. Zimowa opowieść
Oglądając „Zimową opowieść” było mi wstyd! Wstydziłem się za reżysera, za aktorów (Russell Crowe!?), za scenarzystę. Dawno w kinie nie było tak słabego filmu fantasy. Absurd goni absurd. Twórcy zapomnieli, że nie każda książka jest czystym tekstem gotowym na przeniesienie na ekrany. „Zimowa opowieść” może sprawdzała się jako powieść, niestety całkowicie nie nadaje się na film. Brak tempa, zwrotów akcji, kulminacji. Na plus chyba tylko przyzwoita muzyka Zimmera. (Łukasz)

Ręce opadają. Tyle banału, kiczu i tandety nie widziałem w kinie od dawna. Konie-psy, dziwne magiczne historyczne przeskoki czasowe i plejada gwiazd, które na każdym kroku się kompromitują. A wszystko napisane przez laureata Oscara Akivę Goldsamana i przez niego również wyreżyserowane. Szkoda słów. (Alek)


2. Obrońcy skarbów
„Obrońcy skarbów” to nie tylko najnudniejszy film roku, ale też największy przekręt Clooneya. Aktor, który już kilka razy sprawdził się jako reżyser, wmawiał wszystkim w wywiadach, że jego najnowszy film to pełen akcji widowisko historyczne, przywołując w pamięci najlepsze filmy szpiegowskie. Dziś dzięki hakerom, którzy zbombardowali świat mailami z firmy Sony, wiemy, że sam zainteresowany nie miał dobrego zdania o swoim dziele. Trudno będzie kolejny raz zaufać urokliwemu Georgowi. Tym bardziej, że materiał na film miał fantastyczny. Niestety chyba chciał zrobić kolejną część przygód Dannego Oceana. (Łukasz)

Jedno z największych rozczarowań roku. Clooney – w końcu uznany już aktor i reżyser – łapie się za temat zdecydowanie unikalny, dający pełne pole do popisu. Niestety w „Obrońcach skarbów” popełnia wszelkie możliwe błędy. Podobnie jak w „Miłosnych gierkach” nie potrafi operować humorem, jest zdecydowanie zbyt sztywny i pozbawiony fantazji. Szkoda niezłych aktorów, którzy po prostu nie mają za dużo dobrych scen do zagrania. (Alek)


3. Akademia Wampirów
To miał być nowy „Harry Potter”, tylko, że zamiast czarodziejów na ekranie miały biegać wampiry. Niestety nic tu się nie zgadza. Uczennice szkoły wyglądają jak pierwszoplanowe aktorki z marnych pornosów, historia przewidywalna, żarty okropne. Bez osobowości, kalki ze wszystkich młodzieżowych filmów ostatnich kilku lat. Nie broni się to też jako „film dla beki”. Dobrze ogląda się to tylko, jak wypije się naprawdę duuuużo alkoholu i rano nie będzie się nic pamiętało z tego dzieła. (Łukasz)


4. Milion sposobów, jak zginąć na zachodzie
Ten film pokazuje, że nawet najwybitniejszym komikom może zdarzyć się potknięcie. Liczyłem na fajną parodię wszystkich westernów jakie widziało kino, niestety więcej tu z „Teda” niż z najlepszych parodii gatunku. Sporym błędem było też obsadzenie w roli głównej samego siebie, Seth MacFarlane może i jest świetny w dubingowaniu, ale aktor z niego marny. Główny bohater jest zupełnie wypruty z osobowości, a towarzysząca mu Theron gra wszystko na tych samych minach. Do tego głupkowate żarty, który opierają się na najbardziej prymitywnych zagraniach (hahaha, ktoś dosypał komuś tabletek na rozwolnienie). No i na koniec Neil Patrick Harris, który umie dziś grać już tylko Barneya. (Łukasz)


5. Czarownica
To było jedno z największych rozczarowań tego roku. Proste rozwiązania w scenariuszu (niestety – feministyczny bełkot) sprawiły, że można było spokojnie przewidzieć każdy największy zwrot akcji. Szkoda, bo Maleficent to mroczna i bardzo gotycka postać, która już samą sobą daje spore możliwości do rozbudowania dobrej historii. Niestety oczywisty wybór na odtwórczynię głównej roli nie był do końca trafiony, Angelina ma tu kilka znakomitych momentów, ale też sporo słabszych. Zakończenie bardzo rozczarowuje, ale cóż… to Disney. (Łukasz)

W poszukiwaniu nowych pomysłów Hollywood sięgnęło ostatnio do klasycznych opowieści, opowiadając historie bohaterów na nowo - zmieniając spojrzenie na czarne charaktery. Przykładem takiego tytułu jest "Czarownica". Niestety jest to kolejny nieudany projekt aktorski Angeliny Jolie i największa klęska Disneya ostatnich lat. Rola żony Pitta przestrzelona - Jolie szarżuje i ostatecznie przesadza z krzykliwością. Jednak najgorsze w "Czarownicy" jest to, co wokół niej - obrzydliwie cyfrowy świat, który w porównaniu z gotycką "Śpiącą królewną" wypada jak Świątynia Opatrzności Bożej przy Katedrze Notre Dame. (Alek)


6. Transcendencja
Wielkie nic. Wydmuszka, bez duszy, serca. „Transcendencja” od pierwszych scen wydaje się być dziełem zupełnie nijakim. Bełkot płynie strumieniami, niestety nic z niego nie wynika. Pod koniec już nie mam pojęcia, po co to właściwie było, bo mam dziwne wrażenie, że twórcy chcieli niby coś przekazać. Niestety największym rozczarowaniem jest Johnny Depp. Okazuje się bowiem, że bez tony charakteryzacji i bardzo charakterystycznej postaci aktor nie ma zupełnie nic do pokazania. Król jest nagi. (Łukasz)

Nadworny operator kamery Christophera Nolana – Wally Pfister – postanowił przejść na własne. Niestety jego debiut nie udał się. Może nie jest to film zły, ale mocno rozczarowujący. Poraża brakiem charakteru – Pfister widocznie próbował wzorować się na Nolanie, konstruować wszystko na jego sposób. Brakuje mu jednak przebojowości i chyba jednak talentu reżysera „Mrocznego Rycerza” i tworzy historię zupełnie nijaką, nie angażującą widza. Bezjajeczny Johnny Depp natomiast po raz kolejny udowadnia, że najlepsze lata ma już za sobą. (Alek)


7. 300: początek Imperium
Nie ma się co oszukiwać, na film tego typu idziemy w jednym celu – zobaczyć ostrą rozwałkę. Niestety ta w „300: początek Imperium” jest bardzo średnia. Bitwy morskie były zbyt trudne dla twórców, by ułożyć ciekawe sekwencje walk. Niestety samo slow motion już nie działa. Nie chodzi nawet o absurdy, do jakich są zdolni walczący wojownicy, ale zerowa atrakcyjność tych scen. Na dokładkę (o dziwo) bardzo nieudana kreacja Evy Green. Przecież ona jest stworzona do ról żądnych zemsty wojowniczek. Niestety, tu jakoś bez duszy (na szczęście uratowała swój honor rolą Avy Lord w „Sin City 2: Damulka Warta Grzechu”). (Łukasz)

Kontynuacja „300” Zacka Snydera nie należy do udanych. Film Noama Murro na każdym kroku przegrywa z kultową pierwszą częścią. Nie ma charyzmatycznego bohatera, nie ma świeżości realizacji, nie ma równie pasjonującego scenariusza. Jeśli do tego dodamy garść nieudanych pomysłów (gęstsza krew niczym farba na mieczach – niby pędzlach żołnierzy – niby artystów?) to mamy czołową filmową porażkę roku. (Alek)


8. Miłość bez końca
Lata 90. wiecznie żywe. Twórcy „Miłości bez końca” absolutnie nic nie dają od siebie, czerpią z tego co najłatwiejsze w gatunku romansu dla nastolatek. Bohaterowie be duszy, których można opisać jednym zdaniem: zaborczy ojciec, opiekuńcza matka, zdzirowata rywalka, brat żartowniś. Słodkie do granic możliwości. A plakaty znowu obiecywał (bardzo ładne plakaty) film o końcu dojrzałości, o odnalezieniu w sobie kobiecości. Niestety dostaliśmy tandetny romans, który bezczelnie rujnuje reputację młodego i całkiem zdolnego Alexa Pettyfera. (Łukasz)


9. Obietnica
Jeżeli film reklamuje się hasłem „Może przebić popularność „Sali Samobójców”” to już czuję, że coś będzie nie tak. Nie dlatego, że nie przepadam za filmem Komasy, obawiam się, że jedyną ambicją reżyserki opowiadającej o problemach dzisiejszej młodzieży jest duża kasowość obrazu. Tak też chyba było w tym przypadku, bo cała problematyka „Obietnicy” jest sztuczna, wydumana i mało prawdopodobna. Twórczyni chce żeby było kontrowersyjnie, szokująco, niestety wychodzi banalnie, nudno i bardzo przewidywalnie. (Łukasz)


10. Godzilla
Trzeba "Godzilli" przyznać, że jej zwiastuny prowadziły bodajże najlepszą w tym roku akcję promocyjną. Tajemnicze i mroczne obiecywały monster movie na poważnie - ze znanymi i dobrymi aktorami. Niestety - o ile film trudno nazwać złym - to jednak "Godzilla" mocno rozczarowuje. Samej Godzilli jest tu jak na lekarstwo (chociaż trzeba przyznać, że reżyser ma bardzo konkretny pomysł na jej przedstawienie), a znakomici aktorzy pojawiają się raczej w zdecydowanie za małych rolach epizodycznych, podczas gdy na pierwszy plan wybija się drewniany i pozbawiony charyzmy Aaron Taylor-Johnson. (Alek)

11. Karuzela
12. X-men: Przeszłość, która nadejdzie
13. Miasto 44
14. Need for Speed
15. Niesamowity Spider-Man 2