Bardzo zła kobieta
Ridley Scott kojarzony jest
najczęściej z kinem akcji, ale nie z głupimi filmami o dwóch policjantach,
gdzie fabuła występuje jako pretekst do zaprezentowania efekciarskich wybuchów
i pościgów. Zaczęło się już w latach 80. kiedy powstawały spod jego ręki takie
klasyki jak „Łowca Androidów” czy „Obcy – 8. pasażer „Nostromo”. Dalej było już
tylko lepiej, w 2000 roku świat ujrzał znakomitego „Gladiatora” i Ridley stał
się marką. Marką, która rzadko zabiera się za obrazy „kameralne”.
Najsłynniejszym filmem Scotta o mniejszym budżecie był chyba „Dobry rok” ze
znakomitym Russellem Crowe i Marion Cotillarad. W ostatnich latach reżyser
wrócił do korzeni, czego owocem był średnio przyjęty „Prometeusz”. Dlatego tak
niemałą niespodzianką była informacja o współpracy Ridleya i Cormaca McCarthya
nad cichym thrillerem sensacyjnym.
Zapewne każdy miłośnik kina
wyczekiwał (lub wyczekuje) owoców pracy obu panów. Ridley, jak już pisałem, to
niezwykle ceniony i uznany reżysera a McCarthy uważany jest za jednego z
najzdolniejszych obecnie dramatopisarzy. Na podstawie jego tekstu powstał
przecież oscarowy film „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W jego dziełach
często przebrzmiewa mroczne poczucie humoru oraz oskarżenia ludzkości o wyzbycie
się wszelkich wyższych uczuć. Takie połączenie musiało stworzyć coś
nieprzeciętnego.
O przeciętność zresztą na pewno
„Adwokata” nie można oskarżyć, przynajmniej w warstwie budowania i montowania
historii. Gorzej nieco ze sferą merytoryczną filmu. Ale od początku, choć o
początek właściwie trudno. Widz zostaje wrzucony już na samym wstępie w wir
wydarzeń, bez jakiegokolwiek wprowadzenia, wytłumaczenia. Nie ukrywam, że
trochę to przeszkadza w odbiorze i zrozumieniu. Co bystrzejsi jednak domyślą
się po kliku scenach, że głównym
bohaterem jest tytułowy Adwokat (tak przez cały film będą zwracać się do niego
bohaterowie filmu). Poznajemy go w trakcie podejmowania trudnej decyzji,
postanawia trochę nagiąć zasady i pomóc swemu znajomemu (teraz już pracodawcy)
w jakimś ciemnym interesie. Widzowie mogą się jedynie domyślać, że chodzi o
narkotyki. Jak nie trudno się domyśleć, za chęć szybkiego zarobku przyjdzie mu
słono zapłacić.
„Adwokat” to raczej urywkowe sceny,
które z pozoru nie wiele mają ze sobą wspólnego. Powoli jednak układają się w
pełną (choć nie koniecznie logiczną) całość. Momentami ciężko się połapać, po
co dana scena została dodana do całej fabuły (jak choćby erotyczna fanaberia
bohaterki Cameron Diaz na samochodzie Javiera Bardema). Niemal każda chwila
jest wykorzystywana przez scenarzystę do popisania się umiejętnością pisania
błyskotliwych dialogów. Faktycznie niemal każde słowo, które pada z ust
bohaterów imponuje niebanalną mądrością, choć po dłuższym czasie
moralizatorstwo z nich wychodzące drażni i irytuje. Ile razy możemy w przeciągu
dwóch godzin rozmyślać na coraz to nowszymi problemami ludzkiej egzystencji?
W tym całym zgiełku pojawia się
Ona. Malkina, która tak naprawdę jest główną atrakcją oraz filarem
podtrzymującym resztę filmu w jakimś porządku. Postać grana przez Cameron Diaz,
kobieta tajemnicza i niebezpieczna. Pewnego rodzaju Szara Eminencja, o której
działaniu i prawdziwych intencjach nikt nie ma większego pojęcia. Inni
bohaterowie często o niej mówią podkreślając brak ufności i złe przeczucia, co
buduje jeszcze większe zainteresowanie bohaterką. Bieg historii niestety szybko
bagatelizuje postać Malkiny wpisując ją w ramy zwyczajnie złej do szpiku kości
kobiety, coś na wzór Antona Chigurha granego przez Javiera Bardema w „To nie
jest kraj dla starych ludzi”, czyli pewnego rodzaju punkt zaczepny dla
McCarthya umożliwiający potwierdzenie jego tezy, że „ludzie są źli, chciwi z
natury, a my nic z tym nie zrobimy”.
Postać Malkiny zyskuje zresztą dużo
dzięki grającej ją Diaz. Aktorka (tak, używam tego słowa w pełni świadomie)
zagrała tu prawdopodobnie najlepszą kreację w swojej karierze. Choć nie wiem
czy jeszcze lepiej nie poradziła by sobie Angelina Jolie, która była do tej
roli pierwotnie przymierzana. Słynna blondynka radzi sobie świetnie. Rysuje
postać w dosyć kiczowatym stylu, ale ani razu nie kryje się pod maską
sztucznych tipsów i ogromnych błyskotek. Przyćmiewa każdego, kto stanie z nią
do aktorskiego pojedynku. Bardem i Fassbender nie mają szans. A Cruz zyskuje i
rozkwita przy koleżance z planu. Zresztą najlepszą sceną jest właśnie ta kiedy
obie kobiety rozprawiają o seksualności i religijności nad basenem.
Ostateczne wnioski z filmu są
rażąco banalne, widz ma wrażenie, że już pół godziny przed zakończeniem seansu
wiedział o co dokładnie chodzi twórcom. Zresztą nie chcą oni powiedzieć nic
nowego, nic odkrywczego. Nowatorska w „Adwokacie” jest forma prowadzenia
narracji (chociaż może też wcale nie), ale ona akurat się nie sprawdza. Film w
pewnym momencie „siada” i zaczyna nas zwyczajnie nudzić. Dzieło Scotta ma w
sobie jednak pewną siłę przyciągania, coś co nie pozwala przejść obok obrazu
obojętnie. Nie wiem na ile to zasługa klimatu, na ile całkiem zgrabnych ról (z
Diaz na czele) a na ile mojej złudnej nadziei, że ten film jest czymś więcej w
biegnącej historii kina.
- Łukasz Kowalski
Podobno Ridley Scott powiedział kiedyś, że lubi wszystkie swoje filmy, nawet "G.I. Jane" ;) Ja miałem to szczęście, że widziałem wszystkie jego filmy do roku 2010. Mimo to, nie zaliczam go do ulubionych twórców, bo wydaje mi się reżyserem bez wyraźnego stylu, który by go wyróżniał. Ale bardzo lubię jego skromniejsze dzieła ("Naciągacze" i "Dobry rok").
OdpowiedzUsuń"Adwokata" chętnie obejrzę, przyznam że zaskoczyło mnie to co napisałeś o Cameron Diaz - byłem niemal pewien, że przy tak utalentowanych kolegach z planu wypadnie blado.
Pozdrawiam.